Showing posts with label Systemowo. Show all posts
Showing posts with label Systemowo. Show all posts

Świat bez pałek - EYFS

Zgodnie zatem z wolą czytelników (w dwóch sondach, na Bloxie i na Bloggerze) zdecydowanie wygrał temat ocen opisowych i braku klasówek.
Na 30 osób aż 16 osób wybrało właśnie to zagadnienie.
A zatem słowo się rzekło, kobyłka u płotu.
=========================================
Angielskie dzieci są oceniane non-stop.
Różnica między polskim a angielskim system jest jednak taka, że ocenianie to odbywa się niejako przy okazji i najczęściej bez świadomości bycia ocenianym.
Oceny, których dzieci są świadome, dotyczą najczęściej zachowania, postaw, próbowania i nie poddawania się. Odbywa się to przez zdobywanie punktów indywidualnych lub dla grupy, gromadzenie nalepek, gwiazdek, kropek (które w rezultacie są sumowane i owocują np. dyplomem lub inną mini nagrodą rzeczową), a także ewaluację swoich własnych prac.


Ocena służy bowiem nauczycielowi.


Nie jest to narzędzie motywujące, nie ma na celu zapewnić dziecku promocji do następnej klasy (gdyż w Anglii nie ma czegoś takiego jak zostawanie na drugi rok - z nielicznymi, bardzo, baaaaaaardzo sporadycznymi przypadkami, dotyczącymi najczęściej dziećmi z różnymi dysfunkcjami, uczącymi się w szkołach masowych).
Ocena nie jest więc również, rzecz jasna, czymś o co należy konkurować.


Oceniając dziecko nauczyciel dowiaduje się po pierwsze o tym, jaki jest poziom jego podopiecznych, a także jaki postęp każde z dzieci zrobiło w ciągu roku.
Mając takie dane, jest w stanie po pierwsze podzielić dzieci na podgrupy, w zależności od ich możliwości, a po drugie dostosować wymagania w zależności od umiejętności i zdolności poszczególnych grup.
Oceny pomagają mu też dobrać odpowiedni program (catch-up intervention) tak, by ci słabsi mogli nadgonić.
Każdy nauczyciel - planując zadania na cały tydzień - musi przygotować zadania, które są zmodyfikowane w zależności od poziomu dzieci.
Najczęściej są to 3 grupy: low ability, mid-ability i high ability children. Otrzymują one odpowiednio uproszczony lub utrudniony materiał.
Jeszcze do niedawna każda klasa była dość sztywno podzielona na te trzy podgrupy.
Ostatnio wytyczne angielskiego Ministerstwa Oświaty zmierzają w odwrotnym kierunku. Nauczycieli zachęca się, by nie rezygnując z zadań trudniejeszych i łatwiejszych, nie trzymali się sztywno tych podziałów, ale tworzyli tzw. mixed ability groups, po to by dzieci 'mocniejsze' inspirowały te słabsze i były dla nich niejako wzorami do naśladowania.


fragment planu lekcji matematyki ze zróżnicowaniem na poziomy

Podział zostaje, jeśli chodzi o przedmioty takie jak matematyka czy angielski, gdzie pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć - jak nie umiesz tabliczki mnożenia, to nie rozwiążesz zadania z dzieleniem, a jak nie umiesz czytać prostych wyrazów typu CVC  to trudno, byś pisał rozprawkę o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą :)
Oprócz testów - przeciwko którym wielu Brytyjczyków się strasznie buntuje (bo biedne dzieci, bo to nie nauka tylko uczenie się strategii zdawania testów, bo stres - argumenty, które wg mnie są bzdurne), dzieci otrzymują tzw. teacher's evaluation czyli ocenę opartą na obserwacjach nauczyciela.


Obserwacje te jednak nie są 'od czapy' i mogą być w dużej mierze zweryfikowane.
Polegają one na tym, że na przestrzeni semestru/roku nauczyciel i TA's (teaching assistants) zużywają miliardy małych żółtych karteczek (Post-it) zapisując je notatkami o poczynaniach milusińskich, o słowach wypływających z ich słodkich usteczek, o zachowaniach pro- i antyspołecznych, itp.
Karteczki te, wraz z dziełami wiekopomnymi, tudzież wszystkim innym, co może być 'dowodem w sprawie' chowane są skrzętnie do teczek.
Proszę uprzejmie nie wczytywać się w treść karteczek, gdyż werbalnie w żaden sposób nie łączy się ona z tym wpisem :))

Chciałam to nawet sfotografować kiedyś to zjawisko, ale mi głupio było.
A widok jest przedni: plac zabaw, jazgot dochodzi do progu bólu, dzieci hasają, biegają każde w innym kierunku, a pani z karteluszkami chodzi od jednego do drugiego i notuje ile wlezie.
Kiedyś nauczyciel kojarzył się z tablicą.
Teraz z ... robieniem notatek (przynajmniej w Anglii :)



                  
   1992                                                                                    2012

Następnie, gdy nadchodzi czas podsumowań (postępy są monitorowane średni 3 razy do roku - robi się wtedy listę, umieszczając dzieci w odpowiedniej tabelce.
Pomaga to na 'namierzenie' dzieci, które nie zrobiły wymaganego postępu (tzw. 2 sublevels progress over the year - o tym za chwilę) czyli są poniżej poziomu klasy. Dla nich organizuje się różnego rodzaju zajęcia wyrównawcze.
Dzieci, które są powyżej oczekiwanego poziomu dostają dodatkowe zadania, żeby się nie nudziły.


Nie ma ocen, są jednak poziomy, z których każdy jest bardzo szczegółowo opisany - stąd też nauczyciele sprawiedliwie i w oparciu o niezbite dowody (jakimi są prace dziecka, nie jednorazowe ale gromadzone na przestrzeni czasu) mogą ocenić jego poziom i postępy.


W przeciągu sześciu lat (od Y1 do Y6) dziecko powinno przejść z poziomu 1 do poziomu 4, a dokładniej z poziomu 1C na poziom 4A. Każdy poziom ma bowiem 3 podpoziomy (sublevels).
'C' oznacza etap przechodni między jednym a drugim poziomem, 'B' to ugruntowany poziom (secure level), a 'A' to opanowanie pewnych elementów z poziomu wyżej.
Tak więc 'skala ocen' wygląda w sposób następujący:
1C
1B
1A
2C
[...]
4B
4A
i tak dalej do poziomu 8 wymaganego przy skończeniu szkoły średniej.

Zanim jednak uczniowie zaczną się piąć po szczeblach szkolnej kariery, muszą przejść przez przedszkole i zerówkę, czyli właśnie EYFS (Early Years, Foundation Stage), gdzie ocenianie odbywa się na podobnej podstawie, jednakże nie są ocenianie postępy w nauce, ale ogólne postępy w rozwoju dziecka (są dużo bardziej oparte na obserwacjach - stąd te karteczki :))

Rozwój dziecka podzielony jest na 6 kategorii:
Rozwój fizyczny, społeczny i emocjonalny
(Physical, social and emotional development)
Komunikacja, rozwój języka, umiejętność czytania i pisania
(Communication, language and literacy)
Rozwiązywanie problemów, rozumowanie i umiejętność liczenia
(Problem solving, reasoning and numeracy)
Wiedza i rozumienie otaczającego nas świata
(Knowledge and understanding of the word)
Rozwój fizyczny
(Physical development)
Kreatywność (Creative development)




fragment EYFS grid - całość możecie obejrzeć TUTAJ

Poszczególne stopnie są skonstruowane w oparciu o wiedzę z zakresu pedagogiki rozwojowej i naczęściej występują w kolejności opisanej w tabelce.
Kolejne etapy nie muszą się jednak pojawiać w wyznaczonej kolejności (w przeciwieństwie do ocen opisowych w klasach wyższych) i czasami zdarza się, że dziecko przeskakuje niektóre z nich - co jest później opisane o ocenie końcowej.


Dla przykładu przetłumaczyłam (czasami pewnie nieudolnie, ale przyznaję, że już mi niektóre polskie terminy z dziedziny pedagogiki umknęły :)) opisy poszczególnych etapów z zakresu wiedzy i rozumienia otaczającego nas świata.


Następnym razem (mam nadzieję, że nie po dwumiesięcznej przerwie :)) opiszę ocenianie w klasach 1-6.
Miłych wakacji wszystkim
Ja tradycyjnie jeszcze w pracy przez kolejne 2 tygodnie :(
Caramellita

papierologia stosowana

Powiem tak:

To zdjęcie, zostało zrobione w XXI wieku.
W mojej pracy (no dobra, to nie moje biuro, ale sala gdzie zbiera się panel decydujący o orzeczeniach o niepełnosprawności).
W cywilizowanym kraju, zwanym Zjednoczone Królestwo.

I nie, nie zmieniłam zawodu na archiwistkę.

To niestety przykra rzeczywistość - nieodłaczny aspekt pracy nauczyciela: papierologia.

Aspekt, który mnie dobija, podcina mi skrzydła i powoduje, że marzę, by zmienić zawód na kafelkarza.
Nie wiem, dlaczego nie zostałam kafelkarzem?

Mój przyjaciel kładzie kafelki.
Jest w tym świetny (wygrał nawet zawody na najlepszego kafelkarza w Anglii !!!).
Robi to, co lubi. Nie przynosi pracy do domu (co najwyżej trochę brudu, ale zostawia to w garażu :))
Pracuje wsród ludzi, którzy doceniają jego pracę i polecają go innym.
Robi piękne rzeczy i ma z tego satysfakcję.
I szybki efekt.
Pytałam się go nawet, czy w najbliższej przyszłości nie będzie szukał czeladników, ale mnie wyśmiał.
Pewnie się nie nadaję na kafelkarkę ...





Niestety praca nauczyciela nie przynosi szybkich efektów (wciąż mam nadzieję, że jakieś tam przynosi - i tego się kurczowo trzymajmy).

Kiedyś myślałam, że samo poczucie misji mi wystarczy.

Teraz o misji nie ma mowy.
Są natomiast: statystyki, raporty, programy, statystyki, listy, statystyki, segregatory, tony segregatorów, statystyki i ... chronienie tyłków.
Bo jak przyjdzie komisja, bo jak się coś komuś nie spodoba, bo jak rodzice napiszą odwołanie, to przynajmniej w papierach się będzie zgadzać.

A ja się już tymi papierami duszę.
Czasami marzę, by moją pierwszą myślą po przebudzeniu nie było: "O cholera, ile mam zaległych rzeczy do zrobienia!"

Aspektu pieniędzy nie poruszam, bo na chleb mnie stać i z sufitu mi nie kapie.
***
Tak, zgadliście.
Mam chwilowy kryzys (zwalmy to na przesilenie wiosenne).
Co nie znaczy brak pomysłów na kolejne wpisy (na dzień dzisiejszy mam na liście 39 tematów :))
Zawsze mnie śmieszyło uskuteczniane przez blogerów usprawiedliwianie się z długiego milczenia.
Nie będę się więc usprawiedliwiać.

Daję tylko znak życia tym, którzy wpadają i komentują.
Macham do was wirtualnie na dzień dobry.
I na razie, bez zbędnych deklaracji, na do widzenia ... w następnym wpisie.
Jeśli macie ochotę dać mi kopa i zmobilizować mnie do kolejnego wpisu, to proszę, kliknijcie na jeden z 5 tematów, do których opisania zbieram się już od jakiegoś czasu.
Odzew od czytelników jest zawsze mobilizujący :)


nowy wpis
Chciał(a)bym, żeby następny wpis był na następujący temat:
angielscy uczniowie na wycieczce w muzeum
Dzień Książki i rozwój czytelnictwa
school governers czyli kto zarządza szkołą
oceny opisowe czyli o braku klasówek i kartkówek
urodziny po angielsku
View Result
blog poll

Pozdrawiam wiosennie,

Caramellita

TFUrczy bałagan

Jak pisałam już nie raz, angielska szkoła nie jest idealna.

Ponieważ założyłam sobie, że chciałabym inspirować raczej niż krytykować, staram się opisywać dobre strony tutejszego systemu. 

Rozpływam się nad brakiem podręczników, pieję z zachwytu nad pozytywnym nastawieniem nauczycieli, podziwiam postępy, które robią uczniowie.
Angielska szkoła ma jednak na swoim koncie grzechy i grzeszki, a do ideału jej daleko.



Większość Polaków stykających się z wyspiarskim systemem edukacji po raz pierwszy najczęściej przeżywa szok.

I nie wynika on bynajmniej z zachwytu nad angielskim szkolnictwem.
Najczęściej słyszane opinie to: Oni tu niczego nie uczą w tych szkołach! Moja córka robiła to somo dwa lata temu w Polsce! Mój syn bazgroli jak kura pazurem, a pani się w ogóle tym nie przejmuje!
Do tego dochodzą jeszcze inne aspekty jak brak higieny (chodzenie w tych samych butach cały dzień, siadanie na dywanie wydeptanym uprzednio owymi buciorami, które - wiadomo, jak to u dzieci - bywają wszędzie i wdeptują we wszystko, a następnie jedzenie np. owoców lub innych przekąsek), ogólne rozhulanie i rozhukanie angielskich dzieci czy często uciążliwa różnorodność kultur, zwyczajów, nawyków.



Nie będę z premedytacją kłamać i pisać, że to wszystko nieprawda. Bowiem - szczególnie w kwestii higieny i rozhukania - prawda to najprawdziwsza.

Wiele razy moje oczy robiły się większe niż koła u wozu na widok zachowań niektórych dzieci, szczęka lądowała na podłodze na skutek zasłyszanych tekstów, a cisnące się na usta słowa 'rozbestwione bachory' wydawały się jedynym adekwatnym określeniem.
'Bachorowatość' i rozbestwienie jest najczęściej skutkiem takich na nie innych sposobów wychowania i szkoła często może tylko rozłożyć ręce z bezradności.




A jednak - i tu znowu bronię angielskiego systemu - często zamiast rozkładania/ załamywania rąk, zakasuje się rękawy i opracowuje się strategie, jak pomóc i dzieciom
i ich rodzinom.
Jak złagodzić skutki trudnej sytuacji materialnej, nieznajomości angielskiego, braku wykształcenia rodziców.
Jak nie oceniać pochopnie i przez pryzmat osobistych niechęci.

Parę lat temu Ministerstwo Edukacji opracowało dokument zatytułowany Every Child Matters (Każde Dziecko Jest Ważne).
Dokument ten - o czym może więcej napiszę innym razem - ma na celu zwrócenie uwagi na 5 aspektów rozwoju dziecka i obliguje nauczycieli i wszystkich innych specjalistów pracujących z dziećmi do tego, by w szczególności dbali o kluczowe prawa dziecka takie jak:

  • prawo do bycia zdrowym (w każdym aspekcie),
  • prawo do bezpieczeństwa (poczucie bezpieczeństwa i BHP),
  • prawo do odczuwania radości z tego co robi i możliwości osiągania sukcesów,
  • prawo do bycia częścią społeczności i wywierania na nią pozytywnego wpływu,
  • prawo do dostatniego życia.

Ciekawe, co?


Ja jednak - przewrotnie - zamierzam dziś obsmarować jeden z aspektów angielskiej szkoły, który mnie wyjątkowo razi.

A będzie to ... bałagan.



Nie jestem pedantką. Oooooo, co to to nie!
Rozumiem, że ludzie muszą mieć wolność ekspresji.
Wiem, że dzieci dzielą się na brudne i nieszczęśliwe.
Mam świadomość, że w ferworze tworzenia nie myśli się za bardzo o porządku wokół, szczególnie jak się ma zaledwie kilka lat, niewyćwiczone łapki, nadmiar energii i tyyyyyle rzeczy do zrobienia na raz.

Ja mam wyćwiczone łapki, prawie cztery dekady na karku, pokłady energetyczne wielce zredukowane a i tak jak gotuję, to ... lepiej do kuchni nie wchodzić, bo się można przylepić lub nadziać na coś niespodziewanego.

Mimo tego uważam, że są jakieś granice i umiejętność sprzątania po sobie czy szanowania rzeczy powinna być wpajana na równi z nauką pisania czy liczenia.

Naczelną zasadą panującą w szkołach jest: HAVE FUN.
Do tego stopnia, że jak mój syn robił plakat o zasadach BHP w kuchni (jednym z bloków tematycznych na tutejszych ZPT-ach jest gotowanie), obok noszenia fartuchów, uważania na ostre narzędzia, wyłączania gazu i innych ważnych reguł wpisał: HAVE FUN właśnie.

Doprawdy! Dobra zabawa jest niezbędnym czynnikiem wpływającym na bezpieczeństwo podczas gotowania!!!


KLASA

Ponieważ wszystkie pomoce szkolne, począwszy od zeszytów, poprzez długopisy, gumki, flamastry, słowniki, linijki (długo by wymieniać), a na laptopach skończywszy są dostarczane przez szkołę za darmo, bardzo łatwo o ukszałtowanie się - jak dobrze nam znanej z okresu komunizmu - zasady: Nie moje, a więc niczyje.
I dbać o to nie trzeba.
Przyznam, że nie raz z ciężkim sercem patrzyłam na tony wyrzucanego papieru, na miliony połamanych ołówków, pogryzionych gumek, podartych książek czy powyrywanych kabli.
Nie raz uczestniczyłam w zajęciach, gdzie po skończonej pracy dzieci pozbierały tylko co większe śmieci ze stołu, zostawiając podłogę w opłakanym stanie.

Ktoś posprząta.

Najważniejsze, żeby 'był fun'!


STOŁÓWKA

Stołówki - to kolejny obraz nędzy i rozpaczy.
Szkoły najczęściej nie posiadają oddzielnych jadalni. Dzieci jedzą obiad na składanych stołach, które są rozkładane w holu głównym, a po skończonym posiłku chowane gdzieś w kanciapie.



Najczęściej lunch je się na raty.
Połowa klas biega radośnie, podczas gdy ich koledzy - nierzadko w kurtkach (gotowi do wyjścia), jedzą na chybcika szkolny lub własny posiłek. Po dwudziestu minutach następuje zmiana - reszta dzieci prosto z placu zabaw, bez mycia rąk czy innych 'zbędnych' rytuałów wparowuje na 'stołówkę polową'.
O stan podłogi nawet nie pytajcie...

W szkole moich dzieci dodatkowo panuje taki idiotyczny zwyczaj, że ... nie można wyrzucać własnych resztek z lunchu do szkolnych koszy, więc moje maluchy codziennie przynoszą mi w prezencie lunch boxy uwalane resztkami jogurtu wyciekającego z pojemniczka, usmarowane skórką od banana lub wyciapciane masłem z folii, w którą owijam im kanapki.


MUNDURKI

Kolejnym, niezrozumiałym dla mnie zjawiskiem jest ... kącik 'Zgubione-Znalezione'.
Nie ze względu na sam fakt istnienia, bynajmniej.
Jednakowość stroju narzuca konieczność znakowania identycznie wyglądających bluz, marynarek czy spodenek. Najlepiej by było, aby każda część ubioru była podpisana (ja kupuję specjalne naszywki z wyhaftowanymi maszynowo imionami dzieci, bo są one trwalsze, choć co się na początku roku muszę 'nadziergać' to moje!).

Przekopywałam się już nie raz i nie dwa przez kosz/pudło z pozostawionymi rzeczami, gdyż moje Miśki są specjalistami od zostawiania rzeczy w szkole.
I zawsze niezmiennie się dziwiłam, że są one (te pudła znaczy się) wypełnione po brzegi ... PODPISANYMI częściami garderoby nie tylko szkolnej, ale też wierzchniej.
 
Nie wiem, jak to możliwe, że dziecko zostawia w szkole kurtkę lub płaszcz, a rodzic interesuje się ich losem nie bardziej niż losem trylionów porzuconych czapek, szalików, teczek na książki i rękawiczek nie do pary.

Może się mylę, ale wydaje mi się, że 4-6 letnie (albo i starsze) dzieci nie są w stanie zawsze pamiętać
o powieszeniu kurtki na odpowiednim wieszaku, zapakowaniu w-fu do woreczka, założeniu bluzy na siebie, a nie walnięciu jej w kąt i powinno się je choć trochę nakierować.

Często jednak szatnia żyje sobie swoim własnym życiem ...

 





KREATYWNOŚĆ

Nie mam nic przeciwko radosnej twórczości, ale czy odrobina organizacji pracy, efektywne wykorzystanie zasobów i szczypta estetyki nie byłaby wskazana? Szczególnie w starszych klasach?


Gwoli sprawiedliwości dodam jednak, że bardzo wiele zależy od samych nauczycieli, od tzw. etosu szkoły i od postawy dyrektora.
Widziałam bowiem szkoły, gdzie do porządku przywiązywało się ogromną wagę i już dzieci przedszkolne były uczone, by odkładać zabawki na miejsce, jak nadchodził obwieszczany dzwoneczkami czas sprzątania.

Czy Wam też przeszkadzałby taki bajzel czy to tylko ja tak zrzędzę?

Ze sterylnym pozdrowieniem
Caramellita

Ps. Podsumowanie Konkursu Blog Roku 2011:

Wg ostatnich dostępnych mi danych zajęłam zaszczytne 138 miejsce na 803 blogi zgłoszone w kategorii Moje Zainteresowania i Pasje, co pokazało mi, że mam więcej czytelników niż przypuszczałam. Tak mi się przynajmniej wydaje - zdobyłam bowiem 2 kuleczki, które oznaczają przedział od 6-50 głosów. Chcę wierzyć, że było mi bliżej do pięćdziesiątki niż do szóstki :))

Dzięki zgłoszeniu bloga udało mi się zyskać kilku nowych Czytelników, których bardzo serdecznie pozdrawiam.
Sama też odkryłam parę świetnych blogów do których będę z przyjemnością wracać.

JESZCZE RAZ BARDZO DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE ODDANE NA MNIE GŁOSY !!!


wywiadówka czyli morze pochwał

Szkolne mury opuściłam już dawno temu.

Do tej pory, jednak, na słowo 'wywiadówka' dostaję wysypki. Już sama etymologia tego słowa jest podejrzana i kojarzy mi się raczej z wywiadem niż z wy... dowiadywaniem się czegoś.


Wywiadówka, była zawsze (tak mniej więcej od czwartej klasy podstawówki) traumatycznym przeżyciem dla całej naszej rodziny.

Głównie dla moich rodziców, którzy przychodzili do domu po godzinach maglowania, z wypiekami na policzkach, boleśnie uświadomieni o mało chwalebnych poczynaniach ich córki.

O zatajanych kolekcjach dwój (a co, miałam się chwalić?), o nieodrabianych pracach domowych, nieprzynoszonych podręcznikach,
nieużywanych spodenkach na w-fie (chciałam w dresach, ale dres nie był zdaniem mojej pani wystarczająco sportowym strojem).

O braku kapci na zmianę, krepiny na ZPT-y, linijki do podkreślania tematów czy referatu o Słowackim (nienawidziłam Romantyzmu tudzież pani od polskiego - tej, która nastała po Pani Nieprzytomnej, więc chyba wszystko jasne).
Na dodatek musieli się nasłuchać tyrad o moim niewyparzonym języku, pyskowaniu, zbuntowaniu, rzucaniu w nauczycieli papierowymi kulkami, gadaniu na lekcji, itp., itd.

Jedynym światełkiem w tunelu było łaskawe uznanie dla moich rozlicznych zdolności i talentów, które jednak upchane w zwrocie 'zdolna ALE leniwa' traciło dziwnym trafem swoją pozytywną moc.

Dla mnie również nie było to miłe przeżycie.
Im później następował powrót rodziców, tym gorszą wróżyło to burzę.
Bo oznaczało to, że musiała nastąpić konieczność odwiedzenia większej liczby nauczycieli (i rozszerzenia mojej listy przewinień o bardziej specyficzne grzeszki).

Nie będę opisywać, co się działo potem (dantejskie sceny to przy tym pestka; tak mi się wydaje, bo Dantego przeczytać nie raczyłam).

Dość powiedzieć, że po przekazaniu mi 'wiadra z pomyjami', wylanymi uprzednio przez pół grona nauczycielskiego, na pewno nie czułam się zachęcona do dalszej pracy.

Owszem, miałam chwilowe zrywy (głównie, by oszczędzić rodziców w czasie następnej jatki w wykonaniu moich 'wychowawców'), ale ogólnie czułam się totalnie zdemotywowana, zmieszana z błotem i okradziona z jakiejkolwiek nadziei na przyszłość.

Doprawdy, nie wiem, jak dałam radę w ogóle zdać maturę, dostać się na studia, skończyć dwa fakultety i nawet dostać pracę w zawodzie nauczyciela?

Chyba mam silną psychikę :))

Postawmy jednak grubą kreskę między zamierzchłą przeszłością i zwalmy wszystko na mroczne komunistyczne czasy ...

Nie mam pojęcia, jak teraz w Polsce wyglądają 'wywiadówki', żywię jednakże nadzieję, że nastawienie nauczycieli ewoluowało w bardziej cywilizowanym kierunku.

Mam jednak wrażenie, że zebrania rodziców nadal mocno się różnią od tych angielskich. 

A zatem dzisiaj parę słów o angielskich parents' evenings, czyli zebraniach właśnie.

*************************
  
1. EXCELLENT, FANTASTIC, BRILLIANT !!!

Zasada, którą kierują się angielscy nauczyciele to:
po pierwsze chwalić.

Jest to w jednej linii z ogólnym nastawieniem Wyspiarzy do życia. Nie bez powodu piosenka 'Always look on the bright side of life' powstała właśnie w kraju nad Tamizą. 

I owszem, czasami trąci to powierzchownością i fałszem - osobiście wolę to jednak dużo bardziej, niż skrzywioną minę i wieczne krytykanctwo.

Na początku nieco przeszkadzały mi te przesłodzone może nieco zachwyty nad moimi dziećmi.

"Pani mówi do mnie?" - myślałam sobie w duchu. "Pani mówi o MOICH dzieciach?!
To niemożliwe!!! Moje dzieci nie
słuchają poleceń, nie sprzątają bez gonienia, nie pomagają bez szemrania! :)

Wkrótce zrozumiałam jednak, że po wysłuchaniu tylu pozytywów (i dostrzeganiu ich we wszystkich możliwych dziedzinach) dużo łatwiej jest mi przyjąć uwagi krytyczne, sugestie czy informacje ewentualnych problemach. 

Że rolą nauczyciela nie jest 'zjechanie' mnie i mojego dziecka, ale zachęcenie mnie - rodzica do współpracy.

I naprawdę nie chodzi tu o fałszywe pochwały czy przedstawianie nieprawdziwego, niepełnego obrazu. 

Chodzi o zbudowanie zaufania, o pokazanie, że nauczyciel jest po stronie rodziców - i tak jak im, zależy mu na dobrym samopoczuciu i jak najlepszych osiągnięciach powierzonego mu dziecka.

2. NIHIL NOVI
W Anglii na parents' evenings rodzice przychodzą z dziećmi.
Dlaczego?
Dlatego, że są na nich omawiane postępy DZIECKA. Dotyczy to jego edukacji, jego postępów i ... występków. W związku z tym obecność najbardziej zainteresowanego jest wskazana. 

Wygląda na to, że w Polsce ta koncepcja wciąż jeszcze się niektórym osobom nie mieści w głowie.
Dziecko na wywiadówce?! No kuriozum jakieś!!!

Ja jednak nie wyobrażam już sobie, by mogło być inaczej.

Ostatnio przeżyłam nawet lekki szok, gdy otrzymałam kartkę z zaproszeniem na parents' evening, z postępami mojego najstarszego syna (high school), na której widniało jak wół:
Every student must attend his/her appointment, whether or not a parent is able to come along too.

Jednym słowem na 'wywiadówce' musi stawić się uczeń. Rodzice to tylko dodatek. Uda im się dotrzeć, to dobrze. Nie uda, to drugie dobrze :)

3. SHORT & TO THE POINT
 
Ponieważ spotkania z rodzicami odbywają się indywidualnie, zorganizowanie zebrania wymaga zdolności logistycznych :) 

Dwa tygodnie przed zebraniem rodzice wpisują się na listę, zaznaczając, jaki przedział czasowy odpowiada im najbardziej. Jest to później koordynowane tak, by rodzice mający więcej niż jedno dziecko w szkole mogli spokojnie porozmawiać ze wszystkimi nauczycielami.

Zebranie rozpoczyna się zaraz po zakończeniu lekcji (ok. 15:45) i trwa najczęściej do 19-tej. Dla nauczyciela jest to więc niezły maraton.

Każdy rodzic ma ok. 10 min. na rozmowę i najczęściej wszyscy tego przestrzegają; z 3-5 minutowym marginesem.

Rozmowa dotyczy konkretnego dziecka.
Tzw. sprawy organizacyjne, komitety rodzicielskie, zbiórki pieniędzy i inne zadania kolektywne z przyczyn oczywistych nie są przedmiotem 'wywiadówek'.

4. ACTION PLAN

Nauczyciel ma wypisane najważniejsze uwagi: mocne strony i słabe punkty. Po pochwałach następuje omówienie dziedzin kulejących lub po prostu zaniedbanych. Rodzic dostaje informacje, nad czym trzeba popracować, jak to zrobić (czasami jakieś broszurki, strony internetowe, adresy instytucji, gdzie można szukać pomocy w przypadku bardziej zaawansowanych problemów).

W podstawówce dzieci mają jednego nauczyciela, który uczy ich wszystkich przedmiotów.
W szkole średniej wychowawca (form tutor) zbiera informacje od nauczycieli poszczególnych przedmiotów.

Nie ma ocen, ale są punkty (o tym innym razem), które pomagają ocenić, czy uczeń jest na wymaganym poziomie. Jeśli punktów jest zbyt mało, uczeń razem z wychowawcą (korzystając ze wkazówkek nauczycieli przedmiotów) stawia sobie cele (targets), nad którymi chce pracować w najbliżym czasie.

5. SHOW TIME !!!
 
Ponieważ angielskie dzieci nie zabierają do domów nic, oprócz pustych lunch boxów i teczki z książeczką do czytania, ewentualnie z zeszytem do prac domowych, rodzice nie mają na co dzień zbyt wielu możliwości zobaczyć wszystkich wypracowań, rysunków, prac swoich pociech (są one od czasu do czasu prezentowane na wystawach, dzieci zabierają też zeszyty do domu, ale dopiero pod koniec roku). 

W związku z tym zebrania są idealną okazją, by przejrzeć się z bliska poczynaniom milusińskich.

Rodzice są zachęcani, by przyjść na zebranie nieco wcześniej, by oczekując na swoją kolejkę mieć czas na zapoznanie się z radosną twórczością nie tylko swoich dzieci, ale też całej klasy.

Przed zebraniami każde dziecko wykłada swoje zeszyty na ławkę, przy której siedzi, a na tyłach klasy organizowane są wystawy prac, fotoreportaże z wycieczek, oraz przegląd tematów, które były omawiane w danym trymestrze wraz z korespondującymi ćwiczeniami, makietami, projektami. (zebrania z rodzicami odbywają się 2-3 razy do roku).




6. THE END
 
Wszystkie inne sprawy załatwiane są mailowo, poprzez reprezentantów klasowych, przy pomocy 'siatki łączników' oraz na specjalnych zebraniach poświęconych np. rozpoczęciu nowego etapu edukacyjnego (przejście z KS1 do KS2 ) - o czym będzie innym razem.

Na koniec polecam Wam dwa ciekawe linki:

Parents' Evenings - dokument przygotowany przez szkocki parlament, wyjaśniający czym są, jakie korzyści przynoszą i jak przebiegają zebrania dla rodziców (wersja polska !!!)
oraz artykuł dla nauczycieli ... "Jak przetrwać zebranie z rodzicami" :)

Pozdrawiam, życząc owocnej współpracy między nauczycielami a rodzicami.

Caramellita

National Curriculum


Dzisiaj chciałam przedstawić kolejną super stronę, ale zaczęłam od wyjaśnienia terminologii i zajęło mi to tyle, że na razie na tym poprzestanę, a do strony wrócę innym razem :)

Na wstępie parę słów wyjaśnienia. Program nauczania w Anglii, zwany The National Curriculum dzieli się na poszczególne fazy:
- Early Years & Foundation Stage czyli przedszkole i zerówka do której idą dzieci, które do 31 sierpnia ukończyły 4 rok życia.
Jest to nieobowiązkowy etap. Można dziecka nie posyłać do żadnej placówki, i o ile faktycznie część dzieci nie chodzi do przedszkola to ja osobiście nie znam nikogo takiego, kto nie posłałby dziecka do zerówki. Na tak desperacki krok decydują się chyba tylko ci, którzy chcą edukować swoje dzieci w domu :) Desperacki nie tylko ze względu na to, że takie dziecko może rozpocząć obowiązkową edukację w wieku 5 lat będąc już sporo do tyłu, ale głownie ze względu na miejce w dobrych lub/i lokalnych szkołach (co samo w sobie zasługuje na osobny wpis).
- Key Stage 1 czyli klasa 1 i 2
Jest to już etap obowiązkowy. Dzieci uczą się następujących przedmiotów (wyjaśnienia poniżej przy KS3):
Mimo, iż wygląda to nad wyraz poważnie, wszystko jest podawane w odpowiednich, przyswajalnych dawkach i wiele tematów jest po prostu podanych w zarysie, czyli np. przygotowanie jasełek (nativity play), parę pokolorowanych rysunków i wykonanie łańcucha na choinkę będzie już zrealizowaniem większości programu religioznastwa z zakresu Chrześcijaństwa :)
Etap ten jest zakończony egzaminami z angielskiego, matematyki i nauk ścisłych (science), choć słowo egzamin jest oczywiście zupełnie nieadekwatne – są to testy, często robione na komputerze i mające formę zabawy. Wyniki tych ‘egzaminów’ mają charakter wyłącznie informacyjny, czyli pokazujący nauczycielowi, czy uczeń osiągnął wymagany poziom. W Anglii w podstawówkach nie ma ocen (są tylko opisowe) i na jakiejś podstawie trzeba weryfikować robione przez dzieci postępy.


- KS2 – czyli klasy od 3-6
Jest to kolejny etap nauczania; etap w którym zabawa towarzysząca maluchom w dwóch poprzednich etapach, odchodzi już zdecydowanie na dalszy plan. Właściwie dopiero teraz można powiedzieć, że dzieci ‘zasiadają w szkolnych ławach’. W młodszych klasach oprócz tego, że jest dodatkowa przerwa popołudniowa, dzieci spędzają dużo więcej czasu na dywanie, na placu zabaw (praktycznie zawsze oddzielonym od starszych uczniów) i mają dużo więcej czasu na tzw. zabawy własne. Napiszę kiedyś o tym więcej, bo przetaczająca się przez Polskę debata pt. „Czy posyłać dzieci wcześniej do szkoły?” mrozi mi krew w żyłach, zapiera mi dech w piersiach, otwiera mi nóż w kieszeni, czy co tam jeszcze ... Niedługo więc pewnie dam upust moim emocjom i wykrzyczę (przynajmniej na blogu): TAK, PO STOKROĆ TAK!!! (postaram się też podać jakieś bardziej rzeczowe argumenty :))
W KS2 do programu nauczania włączane są tzw. Modern Foreign Languages czyli nauczanie języków obcych. Nauczanie ich odbywa się w bardzo zabawny sposób, a mianowicie najczęściej uczą ich ... nauczyciele klasowi, korzystając z gotowych programów i nagrań :) Jak można się domyślić, absolwenci podstawówek nie władają biegle innymi językami, o ile nie uczyli się ich na zajęciach dodatkowych gdzieś poza szkołą. Nie ma tu zatem większej różnicy między polską a angielską szkołą. No może taka, że chyba jednak w Polsce nauka języka wiąże się z większym stresem :( Ale może się mylę?
KS2 kończy się ogólnokrajowym egzaminem z angielskiego, matematyki i nauk ścisłych. Wyniki te nie mają żadnego wpływu na wybór szkoły średniej i są one również traktowane informacyjnie – powoduje to częste i gorące dyskusje odnośnie celowości ich przeprowadzania (podbnie zresztą jak w Polsce), ale ... to kolejny temat, który kiedyśtam opiszę. Zresztą w tym roku niektóre szkoły już zaniechały przeprowadzania go.
KS3 – czyli zaczynamy szkołę średnią, klasy 7-9
Szkoła średnia w Anglii to dość spory przeskok. Można powiedzieć, że ... zaczynają się schody. Po raz pierwszy uczniowie (młodsza młodzież :)) ma każdą lekcję z innym nauczycielem, gdzieśtam na horyzoncie pojawiają się testy, prace domowe są zadawane niemalże codziennie i generalnie zaczyna się harówka (w porównaniu z podstawówkową ‘bułką z masłem’)
Nauczane przedmioty to (w kolejności alfabetycznej):
Art and Design – czyli powiedzmy, że plastyka w nieco rozszeżonym zakresie
Citizenship – czyli wiedza o społeczeństwie
Design and Technology – to nasze ZPTy (czy taki przedmiot jeszcze istnieje w polskich szkołach?)
Geography
History
English
ICT – Information & Communication Technology czyli informatyka
Mathematics
Modern Foreign Languages czyli języki nowożytne, obce, rzecz jasna, głównie hiszpański i francuski, niemiecki w porywach
Music
Physical Education czyli nasz swojski w-f
PSHE - Personal, social, health and economic education – czyli coś, co nie ma polskiego odpowiednika. Można by to określić nauczaniem dobrego samopoczucia :) , gdyż przecież rozwój osobisty, społeczny, dbałość o zdrowie i wiedza z dziedziny ekonomii bez dwóch zdań przyczyniają się do naszego dobrego samopoczucia – niewątpliwie przedmiot ten zasługuje na dogłębniejszą eksplorację i oczywiście oddzielny wpis – ale wszystko w swoim czasie :)
Science - nauki ścisłe czyli biologia, chemia i fizyka w jednym
Religious education
- KS4 – to klasy 10 i 11
Są to klasy przygotowujące do egzaminów GCSE (General Certificate of Secondary Education), który sensu stricte nie ma polskiego odpowiednika, ale jest najczęściej porównywany do egzaminów gimnazjalnych, choć na pewno ma tu większą rangę – o wyniki tego egzaminu pytają się w ankiecie o pracę wszystkie szanujące się instytucje :). Nie jest to jednak ‘matura’ – ta przyrównywana jest do egazminów A-Levels, które nie są obowiązkowe i są częścią tzw. further education czyli możnaby powiedzieć edukacji na poziomie wyższym.
Przyznam, że wszystko powyżej poziomu KS3 jest dla mnie wciąż owiane aurą tajemniczości i moja wiedza w tej dziedzinie jest bardzo zdawkowa – więc nie będę, przynajmniej na razie, za bardzo się na ten ten temat mądrzyła.
Mam nadzieję, że ten wpis trochę rozjaśnił, jak wygląda struktura angielskiego programu nauczania. Wkrótce postaram się dodać kolejne pasjonujące strony :)
super-teacherka

Feriowo

W leniwy świąteczny wieczór nie godzi się pisać o nauce. Tę zostawmy sobie na inną okazję :)
W Anglii lenistwo wyjątkowe, bo nie dość, że ferie wielkanocne , Święta,
,
to dodatkowo w piątek Królewski Ślub,
a w poniedziałek tzw. bank holiday czyli jeden z ustwowo wolnych dni nie związanych z żadnym konkrektym świętem czy rocznicą.
Napiszę więc parę słów o ... feriach.
Jedną z niesamowitych zalet angielskiego systemu szkolnictwa jest ‘half term’ (przerwa międzytrymestralna), i ten, kto go wymyślił, bezsprzecznie zasługuje na nagrodę Nobla!
Wyspiarski rok szkolny podzielony jest na 3 trymestry: jesienny, wiosenny i letni.
Ładnie, prawda?
Ani słowa o zimie. Zima jest tu bowiem o wiele łagodniejsza niż w Polsce i mija w miarę niepostrzeżenie.
Każdy trymestr ma zatem ok. 13 tygodni, podzielonych na pół tygodniowymi przerwami. Razem z przerwami świątecznymi daje to 7 tygodni ferii w roku (plus 2 długie weekendy majowe).
Wynalazek ten polega na tym, ze proces nauczania trwa przez 6-7 tygodni, w porywach 8, a potem nastepuje przerwa. Daje to szansę na złapanie oddechu zarówno uczniom, jak i nauczycielom. Gorzej mają rodzice, ale o tym później.
Pierwsza przerwa jest najczęściej dopiero po 8 tygodniach, w ostatnim tygodniu października. Nie jest to jednak tak uciążliwe, gdyż nikt nie zdąży się jeszcze porządnie zmęczyć. Bo wiadomo: pierwszy tydzień to rozmowy o wakacjach, bla, bla, bla. Drugi tydzień to powtórzenia, czyli 'Zobaczmy ile z głów wywiało' i już jest połowa września.
Nastepne 6 tygodni mija równie szybko, bo wszyscy jeszcze mają wakacyjny wiatr we włosach i zapasy energii.
Powrót po pierwszym 'half termie' nie jest miły, gdyż w listopadzie angielska jesień raczy obficie ulewami i dmie na całego, ale ... perspektywa Świąt, nota bene celebrowanych w sklepach i supermarketach już od początku października (!), dodaje wszystkim wigoru. Ponadto przed Świętami ciągle się coś dzieje - a to się trzeba przebrać na Halloween, a to przygotować przedstawienie 'wigilijne' (nativity play),
a to zrobić kartki świąteczne, napisać list do Santa, powycinać ozdoby choinkowe, itp. W miedzyczasie jest jeszcze święto Diwali (festiwal świateł) , obchodzone tylko przez wyznawców Hinduizmu, ale omawiane i na swój sposób celebrowane przez wszystkie dzieci w ramach zapoznawania się z innym kulturami i tradycjami.
Żydowska Hannukah już nie jest tak popularna, ale też się czasami pojawia na zajęciach :)
Może też się trafić muzułmański Id (jest to święto ruchome).
Ponadto grudzień to okres tzw. "christmas parties' czyli przyjęć światecznych organizowanych w pracy, w pracy partnera, w żłobku, przedszkolu, kościele, kółku zainteresowań czy gdzie tam bądź). Zatem kolejne 7 tygodni mija szybko i uwieńczone jest dwutygodniowymi feriami.
Powrót styczniowy jest najgorszy, bo nie dość, że człowiek opasły po świątecznym obżarstwie (i jeszcze go kuszą przecenami cukierków, czekoladowych mikołajów, żelkowych reniferów, aniołków i choinek), to jeszcze zima w pełni i nosa wyściubiać się nie chce.
Oficjalnie jest to już trymestr wiosenny, ale (przynajmniej w południowej części Anglii) jest obrzydliwie mokro, przenikliwie zimno (od wszechobecnej wilgoci) i łeb urywa. Luty i marzec są nie do zniesienia. Choć tu i ówdzie zakwitają drzewa, służby miejskie obsadzają klomby bratkami i tulipanami, a żonkile samoistnie zażółcają wszystkie możliwe skwery i parki już na poczatku lutego, to wczesnowiosenne wiatry od morza są, delikatnie mowiąc, depresjogenne.
Ale, ale ... już koniec lutego kusi kolejnym 'half termem'.
Jest to moim zdaniem dużo lepsze niż polskie dwutygodniowe ferie zimowe tuż po przerwie światecznej, poprzedzone ‘wyciąganiem za uszy’ uczniów zagrożonych czyli serią kartkówek, klasówek i przepytywań.
Potem idzie jak z płatka - 5-6 tygodni do Wielkanocy da się przeżyć. I znów 2 tygodnie wolnego. Wygwizdów wciąż daje się trochę we znaki, ale już jest cieplutko, i milutko, i dłuższe dni, i ptaki śpiewają ... i te 'głupie' 6 tygodni do nastepnego 'halftermu' wydają się bułką z masłem. Nawet się człowiek porządnie nie zmęczy i już koniec maja. W maju dodatkowo są aż 2 długie weekendy.
Czerwiec to ... ostatnie szlify, powtórzenia, wycieczki, ocena osiągnięć. I już lipiec. I już pachnie wakacjami ...
Wakacje w Anglii trwają 'tylko' pięć tygodni (taka ciekawostka - w Szkocji zaczynają się 2 tygodnie wcześniej, ale za to mali Szkoci pakują tornisterki już w połowie sierpnia).
Wiem, że przyzwyczajonym do 8-9 tygodniowych wakacji Polakom przyjeżdżającym do Wielkiej Brytanii trudno się jest przestawić i z żalem myślą o lipcu spędzonym w szkolnych ławach. Generalnie jednak system ten jest moim zdaniem dużo fajniejszy, szczególnie z punktu widzenia nauczyciela. Pomaga złapać oddech i daje możliwość załatwienia różnych zaległych spraw, na które najzwyczajniej nie ma czasu pracując na cały etat.
Z punktu widzenia rodzica może być uciążliwy, bo trzeba aż 6 razy do roku organizować milusińskim opiekę i rozrywkę – a opieka nad dziećmi jest w Albionie horrendalnie droga. Z drugiej jednak strony wiele osób z przyjemnością bierze sobie wolne, by wyskoczyć z dziećmi na tydzień do Hiszpanii lub na angielską wieś, odsapnąć i wrócić do pracy zregenerowanym. I na ogół pracodawcy nie robią z tym większych problemów.
A i pięć tygodni letnich wakacji łatwiej jest zagospodarować niż głowkować, co robić ze znudzonym potomstwem przez bite 2 miesiące.
‘Half Term’ ma tylko jedną wadę - czlowiek ma wrażenie, że się szybciej starzeje, bo co chwila jakaś przerwa.
I znów letnie wakacje.
I znów kolejny rok w plecy :))
super-teacherka