Showing posts with label Osobiście. Show all posts
Showing posts with label Osobiście. Show all posts

sztuka wyboru :)

Dostałam wyróżnienie od dwóch blogerek, które bardzo cenię, więc tym bardziej jest mi miło. Najtrudniej będzie mi wytypować następców, bo nie mam aż tak dużo wirtualnych znajomości, ale spróbuję :)
Pytania dostałam tylko od Asiaji / Asiyej :)))
(jejku, jak odmienić nick Asiaya :))
Viki nie przekazała pytań dalej. Uff, mniej roboty, hi, hi.

Zasady:
Liebster Award jest to wyróżnienie otrzymywane od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane blogerom o mniejszej liczbie obserwatorów, żeby dać im możliwość spopularyzowania bloga.
Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie ty wybierasz i nominujesz 11 kolejnych osób (nie zapomnij ich o tym poinformować ;-) oraz zadajesz im 11 wymyślonych przez siebie pytań.
Nie wolno nominować bloga, który nominował ciebie.

Odpowiadam zatem na te zadane:
1. Kawa czy herbata?
Niestety ja w ogóle mało piję, bo jak chodzę od szkoły do szkoły, to wolę nie musieć szukać łazienki :))
(ta odpowiedź nie jest inspirująca, więc właściwie nie powinna paść na moim blogu, ale cóź, nikt nie jest bez wad :)))
Kawę piję na przebudzenie, ale nie lubię jej smaku, herbatę zaś pijam rzadko. Ostatnio mam 'fazę' na wodę z miodem i cytryną.

2. Słodko czy słono?
Zależy co i kiedy, ale raczej (niestety) na słodko.

3. Torba czy plecak.
Plecak to był atrybut mojej młodości. Potem już tylko elegancka torebka.
A teraz ... w ręku torebka, na plecach plecak z papierami, teczkami, stetoklipem, bateriami do aparatów słuchowych, tubkami, gruszką do przepychania tubek i oczywiście płyn antybakteryjny, bo uszy niektórych moich uczniów nie są często zbyt czyste :))))

4. Miasto czy wieś?
Ehhh, sama nie wiem. Generalnie jestem 'a city girl'. Zawsze mieszkałam w dużych miastach, ale odkąd się przeprowadziłam do Londynu (z dziećmi), to duże miasta mnie męczą.
Jednak wieś? Nieee, raczej jakieś mniejsze miasteczko.

5. Biblioteka czy księgania?
Jako miejsce pracy? Żadne z tych :)))
A jeśli chodzi o dostęp do książek, to przy wielu przeprowadzkach zostaje mi głównie biblioteka, choć w księgarniach się ślinię straszliwie.

6. Samolot czy pociąg?
Samolot - nie cierpię długich podróży. Choć ... samolotem też w sumie jest bardzo długo, te godziny przed i po odprawie spędzone na lotniskach ...

7. Czarno-biało czy kolorowo?
Czarno-biało to zdecydowanie nie, ale feeria barw też jest męcząca. Najbardziej lubię tak ładnie nazwane po angielsku 'colour-schemes' albo 'coordinated colours'. I one ewoluują. Kiedyś było rudo-brązowo, teraz granaty i szarości.

8. Czucie i wiara czy szkiełko i oko?
Dla ciała szkiełko, oko i czucie :)), dla duszy wiara.

9. Zbierasz zdjęcia czy wspomnienia z podróży?
Wspomnienia w głowie, zdjęcia w komputerze.

10. Mierz siły na zamiary czy zamiary na siły?
Ja mierzę jednak siły na zamiary. A i tak się często przeliczam :(

11. Lepiej grzeszyć i potem żałować czy żałować, że się nie grzeszyło?
Wolę nie grzeszyć i nie żałować :)

Moje pytania:
1. Domatorka czy 'powsinoga'?
2. Ścisłe podążanie za trendami w modzie czy własny, niezależny styl?
3. Tęsknisz za byciem dzieckiem czy dobrze ci być dorosłym?
4. Bycie sławnym czy ciche, spokojne życie?
5. Marzeniom trzeba pomagać czy nie ma się wpływu na to, co się stanie?
6. Współczesne społeczeństwa są bardzo 'dzieciocentryczne' - Zgadzasz się z tym stwierdzeniem czy nie?
7. Praca marzeń czy pozwalająca na utrzymanie na dobrym poziome?
8. Jedna rzecz na raz czy 'multitasking' (wielozadaniowość)?
9. Gdybyś mogła się przenieść w czasie i żyć w innej epoce, to jaki okres by to był?
No i nie mogłabym nie skorzystać z takiej okazji, żeby się zapytać:
10. Co/Kto cię inspiruje?
11. Podziel się Twoją ulubioną stroną, którą można by podciągnąć pod kategorię 'Edukacja'
(przyznam, że bardzo liczę na fajne odpowiedzi szczególnie na to pytanie :))))

Blog nominowane:
Emigrantka z miłości - za piękny blog, piękne zdjęcia i piękną motywację do emigracji

Logopedia Praktyczna
- za fantastyczne, inspirujące pomysły i dzielenie się z innymi swoimi zdolnościami (wiele pomocy do ściągnięcia i wydrukowania, totalnie za free)

Matka Polka w UK
- za super smakowite potrawy i inne ciekawostki z Wyspy.

Kuchnia na Wyspie
- za wszystko: piękne zdjęcia, piękne mozaiki i piękne pisanie o życiu na Wyspie

Kuchnia pod Wulkanem
- za oryginalne potrawy i bardzo czytelne 'krok po kroku', z piękną dokumentacją zdjęciową każdego etapu 'przetwórczego' :))

Ponad siebie
- za inspirujące zabawy i świetne pomysły na to jak zorganizować życie dwóm ciekawym świata chłopcom

Blogostrefa
- za super pomysł na odkrywanie i jednoczenie polskiej blogosfery i blogostrefy :))

Zofię Sumczyńską
- bo jestem zauroczona Jej witrażami i lampami.

Imigrantkę z Londynu
- za przybliżanie czytelnikom piękna tego miasta

(wychodzi na to, że ze mnie jakaś zapalona kucharka i followerka blogów kulinarnych - nic bardziej mylnego, ale te blogi mnie inpirują. Może kiedyś coś nawet ugotuję :)))
Mam nadzieję, że przejmiecie pałeczkę, choć jeśli żywicie bezbrzeżną niechęć do wirtualnych łańcuszków lub do uchylania rąbka tajemnicy, to oczywiście przyjmę to ze zrozumieniem :)

Caramellita Rozbawiona

Plecak czyli ile długopisów potrzebuje jedenastolatek

Wczoraj, z wielkim hukiem rozpoczął się w Anglii rok szkolny.
Później niż w Polsce, gdyż na początku roku szkolnego zawsze są szkolenia dla nauczycieli i uczniowie najczęściej przychodzą 2 dni po kadrze. Czasami zdarza się wręcz, że różne klasy zaczynają w innym terminie. Decyzja, jak to rozegrać należy do dyrektorów poszczególnych placówek.

W jednej ze szkół, do której chodziły moje dzieci było tak: klasy starsze - KS2 szły na pierwszy ogień, potem za 2 dni rozpoczynali młodsi z KS1 oraz zerówkowicze, ale tyllko ci, którzy chodzili do przedszkola, a na koniec za kolejne 2 dni, jak już większość była w miarę opanowana, rozplanowana i rozmieszczona, przychodził czas na nowicjuszy. Można było wtedy tym zaryczanym i zasmarkanym poświęcić więcej czasu, bez konieczności nadmiernego zajmowania się tymi już nieco oswojonymi :)

Nie było to oczywiście najszczęśliwsze rozwiązanie dla rodziców posiadających więcej niż jedno dziecko, ale od czego są znajomi, babcie, opiekunki, kluby ...
W tym roku mieliśmy niezłą bonanzę z przyznaniem miejsc w szkołach (ale o tym przy okazji).

Mój syn poszedł właśnie do szkoły średniej.
W marynarce i krawacie wyglądał O-DLO-TO-WO. 

Wiem, że noszenie takiego formalnego stroju może być nieco męczące.
W podstawówkach najczęściej są to bluzy lub swetry, choć uczniowie niektórych prywatnych szkół też noszą marynarki, słomiane kapelusze i inne cuda na kiju, co moim zdaniem - skądinąd wielkiej zwoleniczki mundurków - jest snobistycznym przegięciem.

Mój syn jednak jest z kategorii krawaciarzy i oprócz mody skate'owskiej (po godzinach) lubi się 'robić na dorosłego', podkreślając z lubością, że w naszej rodzinie tylko on i dziadek noszą krawaty :)

Dzisiaj - jak rzadko kiedy - byłam w domu przed nim. Gdy zobaczyłam go przez okno wyleciałam przejęta i dumna niczym kwoka, popodziwiać go trochę w nowym mundurku. Usłużnie wzięłam też od niego plecak i ... wbiło mnie w ziemię pod jego ciężarem!

- Co ty tam masz?! - krzyknęłam z przerażeniem.
- No jak to co? Książki, zeszyty ...
- Jakie książki? Zmiłuj się! Po coś wypożyczył pół biblioteki drugiego dnia?!(a molem książkowym nie jest, więc tym bardziej się zdziwiłam)
- No nie, to takie zeszyty do pisania na lekcjach ... (dodał niepewnie patrząc, jak rzucam się, by zrewidować plecak).
Zaczęłam szybko wertować w głowie uprzednio przeczytane informacje o szkole i zastanawiać się, czy czegoś nie doczytałam. Kurcze, może miałam kupić jakieś książki? Ale nieeee ...
"Matko! Nakłamałam na blogu!" - pomyślałam w panice mocując się z suwakiem.

"Nie dość, że oni tu muszą w szkole średniej nosić jednak jakieś książki, to jeszcze pewnie mają zeszyty do każdego przedmiotu. I dlatego to tyle waży! A ja tu głosiłam peany na cześć angielskiego systemu szkolnictwa."
Z pierwszej kieszeni wyciągnęłam pięciocentymetrowej grubości kobyłę o ... Alanie Suger'ze, angielskim multimilionerze, który zaczynał swój biznes w szkole średniej od sprzedaży zapałek. Jest to postać niewątpliwie fascynująca*, ale żeby studiować jego życiorys w drodze do szkoły to już gruba (nomen omen) przesada.
Z drugiej kieszeni wydobyłam ... zresztą zobaczcie sami:
- dwa zeszyty w kratkę w twardej oprawie (biały i czarny - jego ulubione kolory, pewnie nie mógł się zdecydować, który wybrać :)), na które zresztą naciągnął babcię w czasie wakacji w Polsce (ma chłopak siłę perswazji :))
- notatnik z wyrywanymi kartkami (w twardej oprawie)
- notatnik w linie (w twardej oprawie) oraz
- kalendarz szkolny - czyli JEDYNY niezbędny przedmiot.
W pozostałych - jak twierdził - zamierzał "coś sobie notować". Ot, jakie mam pilnie dziecko! :)
Dodatkowo znalazłam jeszcze piórnik z siedmioma długopisami, sześcioma ołówkami, dziewięcioma cienkopisami, linijką, wskaźnikiem (znalezionym) i dwoma gumkami z temperówkami.
 
Nie wiem, może zamierzał nim handlować i rozpocząć swój pierwszy biznes, niczym Sir Alan Sugar?
Z bocznej kieszeni wyłowiłam też mocno sfatygowane jabłko (fanem owoców niestety nie jest) - nie chcę nawet myśleć, co on z tym plecakiem robił, skoro jabłko było w takim stanie:
a także butelkę z niewypitą wodą i z niewypitym sokiem (kupioną w szkole).
Zachodzę w głowę, co go napadło. Bo że przeżywa chłopak nową szkołę to widzę. Ale dlaczego w tak masochistyczny sposób?

Na razie udało mi się wyperswadować mu, że kalendarz szkolny i jeden z zeszytów od babci wystarczy. Liczbę długopisów też zweryfikowaliśmy (choć wszystko z kwaśną miną, bo tu człowiek idzie do szkoły średniej, a mu się matka wcina w dorosłe życie! A potem się oczekuje, żeby dziecko podejmowało samodzielne decyzje :))

I tak oto radośnie rozpoczęliśmy rok szkolny.

Z papierniczym pozdrowieniem

super-teacherka
________________________________________________

* Sir (a właściwie już Lord) Alan Sugar stał się znany szerszej publiczności jak zaczął prowadzić bardzo popularny quasi reality-show pt. The Apprentice. Do progrogramu zgłaszają się ludzie, którzy już otarli się o świat biznesu, finansów, reklamy itp. ale którym marzy się bardziej odważna ścieżka kariery. 16 osób podzielone jest na dwie drużyny. Każda dostaje niełatwe zadanie z dziedziny marketingu, sprzedaży, negocjacji.
Team, który zarobi więcej pieniędzy wygrywa i jest zapraszany na jakąś wypasioną imprezę, a s)pośród przegranych jeden zostaje 'wylany' ("You are fired!"). Jest to program rozrywkowy (nieprzebierający w słowach Lord Sugar, przekonani o swej nieprzeciętności uczestnicy, komiczne sytuacje), ale fajnie pokazujący zasady, które się sprawdzają w biznesie. Program ma swoją edycję dla młodzieży tzw. Junior Apprentice, a jej zwycięzca zamiast praktyk w firmie pana Sugar'a otrzymuje sporą sumkę na rozkręcenie własnego biznesu.

Flashcard Stories

Flashcards, czyli fiszki.
Tak to się podobno tłumaczy, ale pewności nie mam :)
Pozwólcie, że zostanę jednak przy terminie angielskim, bo jakoś te 'fiszki' mi nie podchodzą - kojarzą mi się z przedpotopowym sposobem inwentaryzacji informacji.
Zamierzam o nich dzisiaj napisać słów parę, bo to wdzięczy materiał do pracy z uczniami wszelakiej maści. Mam trochę utrudnione zadanie, bo mój laptop się zbuntował i musiałam wymienić w nim twardy dysk. Pan z serwisu przyjechał po 15 minutach od mojego telefonu, co ucieszyło mnie tak bardzo, że ... zapomniałam skopiować sobie mój piękny folder z Ulubionymi. Także bye-bye wszystkie misternie gromadzone linki (które były inspiracją do rozpoczęcia tego bloga).
A gdybym miała prawdziwe, ręcznie zapisane fiszki, to pewnie by się ostały :)

Postanowiłam się jednak nie poddawać tak łatwo.
Ja was jeszcze dopadnę!
A w kwestii flashcards ...
Jak zaczynałam nauczać angielskiego, to zaczęły się one pojawiać na rynku wraz z zalewem co raz to nowszych podręczników, głównie dla maluchów i miały postać obrazków raczej niż wyrazów. I od razu zyskały moją sympatię. Choć to co później znalazłam w necie przerosło moje najśmielsze oczekiwania.




Pomysłowość (i poczucie humoru) autorów tworzących je nie zna granic - jak choćby te alfabetyczne powyżej - czyli alfabet dla kujonów :).
Są więc flashcards z fotografiami, z rysunkami, z podpisami lub bez, albo wręcz same tylko wyrazy. Ja osobiście najbardziej lubię flashcards ze zdjęciami lub ładnymi obrazkami. Nie lubię rysunków:

- zbyt wyrafinowanych
(to ma być 'kawa'),

- dziwacznych (a to 'happy'),

- niejasnych lub zbyt uproszczonych ('łyżka')


- nieregularnych ('tea'),

- ze zbyt dużą ilością szczegółów (Czy to świąteczna kanapka?)


A szczególnie nie lubię jak karty nie są w tym samym stylu, tylko każda z innej parafii:


To oczywiście kwestia gustu. Ja cenię sobie prostotę :)

Lubię jak flashcards utrzymane są w jednakowej konwencji, choć wiem, że ten efekt jest łatwo osiągnąć przy rzeczownikach, ew. przymiotnikach i przyimkach. Trudno jest znaleść darmowe flashcards o takiej tematyce jak czynności, cechy jak np. przeciwieństwa czy bardziej specyficzne przedmioty, np. przybory kuchenne.


Zaczęłam od krytyki :) A teraz pozytywy.
Flashcards mają szerokie zastosowanie - w zależności od kreatywności nauczyciela lub rodzica.
Kilka pomysłów na wykorzystanie kolorowych karteczek ze słowami, obrazkami, zwrotami lub wszystkim na raz:
- do nauki alfabetu, nowych słów/ zwrotów,
- do grania w Czarnego Piotrusia lub Memory (jeśli dysponuje się podwójnym zestawem),
- do nauki czytania lub liczenia,
- do tworzenia zdań lub krótkich opowiadanek,
- do wklejania do zeszytów (w celach różnych - do podpisywania, jako materiał powtórzeniowy, jako info dla rodziców),
- jako jedyny często - w przypadku liczby emigrantów napływających do szkół o każdej porze roku - sposób komunikacji,
- a także do tworzenia np. gazetek ściennych (displays), które są podsumowaniem tego, co zostało przerobione.
Flashcards są bardzo pomocne nie tylko w nauce języka obcego.
Dla wielu dzieci z trudnościami w nauce, które często łatwiej rozumieją i zapamiętują bodźce wzrokowe niż werbalne są ułatwieniem w komunikacji. W formie uproszczonej lub wręcz symbolicznej świetnie sprawdzają się w nauczaniu dzieci z opóźnieniem umysłowym.
Dla dzieci głuchych i niedosłyszących – absolutnie niezbędne, stanowiące uzupełnienie migów, czytania z ust i wykorzystywania resztek słuchowych. Zresztą generalnie wspomaganie nauczania visual cues (wskazówkami wizualnymi ?) jest promowane przez wielu edukatorów, a tzw. Multisensory Approach czyli angażowanie wszystkich zmysłów zyskuje sobie coraz więcej zwolenników (choć należy pamiętać, że w niektórych przypadkach jest to raczej niewskazane, jak np. w nauczaniu dzieci nadpobudliwych psychoruchowo – aczkolwiek jest to również sprawa dyskusyjna).

Szukając materiałów do tego wpisu natrafiłam nawet na takie oto interesujące wykorzystanie flashcards. Otóż niektórzy mieszkańcy Nowego Yorku mogą kupić sobie zestaw 30 kart z ... prawami najemcy :) żeby łatwo się połapać w tym, kto za co odpowiada i jak się skontaktować z odpowiednimi instytucjami.

Flashcards można ściągnąć z wielu stron internetowych całkowicie za friko. Na niektórych stronach trzeba się rejestrować. Jest też całe multum stron, gdzie można kupić naprawdę prześliczne karty na każdy temat. Ale ja nie o tym ... :)
Są też strony, na których można stworzyć własne dzieła wiekopomne - choć moim zdaniem za dużo z tym zachodu. Po co się rejestrować, załadowywać zdjęcia, zapisywać zrobione przez siebie pomoce jakichś stronach, jak można z powodzeniem użyć Paint'a i Word'a?
W jakiejkolwiek postaci - ułatwiają na pewno życie.

Z flashcards wiążą się 2 raczej mało przyjemnie incydenty w mojej karierze nauczycielskiej – z których jednak wyciągnęłam wnioski na całe życie :)
Gdy zmagałam się, by nauczyć paru opornych osobników czytania wyrazów z głoskami /eɪ/ oraz /i:/, które zapisuje się w angielskim jako ai, ay, a_e (train, play, made) oraz ee, ea, y (meet, teach, cherry) postanowiłam, skupić się na poszczególnych podgrupach, przygotowując tony flashcards. Zasiadłam w szkolnej pracowni komputerowej z listą potrzebnych wyrazów.




W szkołach jest bardzo czuły filtr blokujący większość nieodpowiednich (lub pozornie nieodpowiednich – dmuchamy na zimne, panowie i panie ) stron internetowych. Każda gmina ma swój system filtrujący, który powoduje, że najczęściej mało co da się otworzyć. I nie tylko dotyczy to facebooków i innych portali społecznościowych (bloxa włączając – i bardzo słusznie :)) ale chociażby stron, na których są różne reklamy.
Moje wyrazy nie należały jednak do grupy skomplikowanych – ot, rzeczowniki pospolite. Nic podejrzanego ani zdrożnego w nich nie było. Jakieś tam pociągi, pory, farby, baterie i inne mięsa.
Dziarsko włączyłam Google Images i zaczęłam wklepywać. Szło mi dość gładko, jako że zasoby internetu są naprawdę bogate, choć czasami trzeba trochę poszperać. Po paru minutach doszłam do, jakżesz niewinnego, zdawało by się słowa nauczycielka (teacher). Wpisałam, kliknęłam i ... o mały włos nie spadłam ze stołka. Oczom moim ukazały się bowiem - wciśnięte między grzeczne zdjęcia i cliparty - obrazki pornograficzne, z nauczycielkami, owszem, ale mocno lub zupełnie roznegliżowanymi. Panie w otoczeniu szkolnych ław i staromodnych czarnych tablic dzierżyły atrybuty jak najbardziej kojarzące się tą profesją – druciane okularki, linijki, wskaźniki czy kredy, ale cała reszta wskazywała dobitnie, na przedmiot, jakiego ‘uczyły’. Mimo, iż zamknęłam stronę w ułamkach sekund zimny pot mnie zlał na samą myśl, co by było, gdyby w pracowni były jakieś dzieci (co w szkole na ogół zdarza się dosyć często :)). Potem jeszcze natrafiłam na bardzo nieoczekiwany i równie niecenzuralny wizerunek 'bobra' – poznając przy okazji słówko z angielskiego slangu, którego raczej, jako przykładna dziewczynka nie jestem wielką znawczynią :) Zakończyłam więc moją pracę nad długim ‘i’ i ’ej’ wyciągając z tego bardzo szybko wniosek:
NIGDY NIE PRZESZUKUJ INTERNETU PRZY DZIECIACH !!!
gdyż nie da się przewidzieć, jak różne materiały zostaną otagowane i co szanowny Wujek Google ci wciśnie.

Nauczona tym doświadczeniem przygotowywałam już kolejne pomoce w domu. Tak też było z plakatem mającym zachęcać dzieci do czytania.
W tamtym czasie pracowałam jako pedagog specjalny z dziećmi z dość sporymi problemami w nauce. Trudności te brały się przeważnie z większego lub mniejszego zaniedbania emocjonalno-socjalnego. Przy odrobinie wysiłku można było jednak ich ‘wyprowadzić na ludzi’ :). Dzieci te najczęściej pochodziły z rodzin emigranckich, w których rodzice nierzadko sami nie potrafili czytać nie tylko po angielsku, ale też w żadnym innym języku. Podandto większość z nich miała ‘mentalność życia na zasiłkach’ (‘benefits culture’) – dzieci te już w wieku 9 lat uparcie twierdziły, że one pracować nie będę, bo i po co? Ich rodzice nie pracują, żyją z zasiłków i jakoś tam sobie radzą (fragment autentycznego dialogu, przeprowadzonego przez moją koleżankę, która nadzorowała projekt polegający na prezentacji różnych zawodów i ścieżek kariery, w celu poszerzenia naszym milusińskim perspektyw życiowych).
Moim zadaniem było więc najpierw zmotywowanie towarzystwa, by w ogóle podjęły próbę
dekodowania tekstu pisanego. Nadrukowałam tony obrazków przedstawiających rzeczy, do zeksplorowania których umiejętność czytania się przydaje. A wbrew pozorom nie były to tylko książki czy gazety ale też: komiksy, etykietki, podpisy na filmach, mapy, poradniki, słowniki, tabelki, przepisy, listy zakupów, instrukcje, maile, listy, plakaty, szyldy, tablice informacyjne, rozkłady jazdy i parę innych rzeczy.


Jak i w przypadku poprzednich słów – była to super okazja do NAUCZENIA ich paru nowych rzeczowników – zdumiewające jest bowiem jak wielu oczywistych dla nas słów pokolenie telewizji i gier komputerowych nie rozumie. Nawet taka znana na całym niemalże świecie bajeczka o 3 świnkach może przysporzyć niemałych trudności. Któż bowiem w dzisiejszym zurbanizowanym świecie wie, co to słoma :) (kolejny autentyk z mojej pracy).
Jednym z owych słów tajemnych był list. Taki najzwyklejszy list.
Skąd oni mają znać takie pojęcie? Owszem, ich rodzice czasami dostają ‘listy’ czyli druczki maści wszelakiej, najczęściej z urzędów, banków lub komorników. Listów jako takich się nie pisuje (zresztą nie tylko w kręgach mniej piśmiennych – epistolografia to sztuka wymierająca). Jakże więc się ucieszyłam, gdy znalazłam fajny, dziecięcą rączką pisany liścik.


Pewna Nicola nabazgroliwszy kilka rysunków dziękowała pilotowi za udany lot. Przeczytałam z grubsza przesłanie i wydrukowany obrazek skrzętnie umieściłam na plakacie. Nie przeczytałam go jednak do końca ... i to był mój błąd...
Plakat mojego autorstwa tak zainteresował moich uczniów, że zaczęli go namiętnie oglądać. Liścik Nicoli, nie wiedzieć czemu przykuł ich największą uwagę (może ze względu na długość, a raczej ‘krótkość’ :)). Zaczęli więc dukać pod nosem. Doszli do słów ‘thanks for a nice flight’, tu na chwilę zawiesili głos, po czym z gromkim śmiechem wyryczeli na cały pokój ostatnie zdanie – do którego ja już nie raczyłam dobrnąć:


Nosz, kurcze, mogłabym to właściwie poczytać sobie za sukces edukacyjny – zainteresowali się tekstem pisanym i przeczytali go samodzielnie. Ale jakoś z dumy nie pękałam :( I mimo, iż natychmiast rzuciłam się do przerabiania plakatu, to wieść gminna po szkole poszła, że pani Super-Teacherka ma 'taaaaaki' plakat w swoim pokoju.


Wysnułam za to kolejny wniosek:
DOKŁADNIE CZYTAJ I WERYFIKUJ WSZYSTKO,
CO ZNADZIESZ W NECIE !!!
Także, jak widać na powyższych przykładach nauczanie i uczenie się to przenikające się procesy, z korzyścią dla obu stron.
Podaję te przykłady świecąc oczami ze wstydu, ale ku przestrodze !!! Może dla niektórych te wnioski są banalne i oczywiste. Ostrożności jednak nigdy dosyć, szczególnie że my nauczyciele jesteśmy na świeczniku i każde nawet najmniejsze potknięcie może nas słono kosztować.
Tak oto proste rzeczy mogą skomplikować życie :)

Na koniec dodam jeszcze, że nie jestem odosobniona we wpadkach - zdarzają się najlepszym i najbardziej doświadczonym. Magazyn Parents popełnił kiedyś taką oto okładkę :)
(Choć nie mam pewności, czy to przypadkiem nie Photoshop - ta wisząca w powietrzu główka dziecka jest podejrzana).

Następnym razem podam parę fajnych linków do stron, z których można ściągnąć gotowe flashcards, a także załaduję kilka moich własnych.
Miłego i bezpiecznego szperania po necie.
super-teacherka


obiecanki-cacanki

A zatem ... internet już mam (cóż za szczęście przeogromne :)).
Uczucie euforii zmącone jest jednak ukłuciem zazdrości (ba, ukłucie to mało powiedziane, czuję się jak po seansie akupunktury) - jak patrzę na te wszystkie zdjęcia przyjaciół co i raz podrzucających zdjęcia na Facebooka lub na Naszą Klasę.


Obżerają się bezczelnie lodami ufundowanymi potomstwu na koniec szkoły, pławią się w basenach, jadą na kanikuły. A ja, biedny żuczek, zasuwam do roboty.

Tak, wiem, pyszniłam się jak to w Anglii fajnie, bo half terms mamy.
Tak wiem, wzruszałam ramionkami mówiąc, że się nie przejmuję, że krótsze wakacje mamy.
Tak, biłam się w piersi przyrzekając, że nie będę narzekać.
Tak, kłamałam, że się przyzwyczaiłam.

Muszę się jeszcze przemęczyć całe 17 dni. A dokładnie szesnaście, bo 27 lipca jadę do Polski. Kupiłam sobie bilet myśląc beztrosko, że kończę pracę 22-go czyli wtedy gdy kończą ją wszystkie szkoły w naszej gminie.
'Aj, jaka jestem zorganizowana' - piałam w autopodziwie - 'Będę miała jeszcze czas na ostatnie zakupy i spokojne spakowanie się.'
Tymczasem okazało się, że tzw. 'outreach services' (nie wnikajcie na razie, co to jest - postaram się kiedyś wyjaśnić :)) pracują do 27 lipca WŁĄCZNIE !!!
Mam nadzieję jednak, że - ze względu na ten blog (Bo skąd ja będę czerpać inspirację? :)) - nie wyleją mnie z roboty, zgodzą się dać mi bezpłatny, jednodniowy urlop (podciągnijmy to pod 'okazjonalny') i dadzą rozgrzeszenie.
Jak nie, to trudno. JA JADĘ !!!
***
Jak na inteligentnych czytelników przystało, na pewno domyślacie się, że ten przydługaśny wstęp nie powstał bez kozery.
To moje kolejne tłumaczenie się i plątanie w zeznaniach.
Ale uwierzcie mi - JA TONĘ!!!

Tonę w tonach raportów, planowaniu planów, projektowaniu projektów, sporządzaniu list, nadganianiu ze statystykami i ... dławię się, wykonując to, czego całym moim sercem nienawidzę, co jest sprzeczne z moją naturą, co mnie dusi i tłamsi, ale co niestety(?) finansuje mi dach nad głową, chleb i wodę (z igrzysk, to tylko wyjazd do Polski :)).
W wolnych chwilach szkicuję jednak kolejne wpisy, kreślę listę tematów, które chcę poruszyć, złoszczę się, że coś zaczęłam, i nie mogę kontynuować. Jestem zainspirowana, jestem nakręcona (i zakręcona), mam wiele fajnych rzeczy do opisania, ale niestety moje energia życiowa musi na razie być skanalizowana gdzieś indziej. Jakieś tam (marne, bo marne, ale zawsze) poczucie przyzwoitości nakazuje mi bowiem przedłożyć obowiązek nad przyjemność.
Nie pozostaje mi zatem nic innego jak po raz kolejny narobić smaku wiernym czytelnikom (wiem, że tacy są - dziękuję za 'kliknięcie' na sondę - niestety sonda nieklikana zeruje się po 30 dniach, więc niech was to nie zmyli :)) i obiecać, że "już za parę dni, za dni parę ... "


Pozdrawiam gorąco znad góry brązowych teczek, które mi się śnią po nocach - pod warunkiem, oczywiście, że śpię, bo ostatnio zdarza mi się to rzadko (chyba, że w autobusie do pracy :)) !!!
super-teacherka

Mój pierwszy raz ...

... czyli o mojej pierwszej pracy w angielskiej szkole.
W przeciwieństwie do prac następnych, o które musiałam się nieźle nawalczyć, tę pierwszą udało mi się zdobyć na tzw. krzywy ryj.
Patrząc z perspektywy czasu, był to najbardziej dziwaczny i zupełnie niepraktykowany tutaj sposób zdobycia stanowiska w szkolnictwie. Pracę znalazłam bowiem jeszcze w Polsce, przez ogłosznie z Gumtree.
Sposób był osobliwy, gdyż biorąc pod uwagę angielskiego świra na punkcie bezpieczeństwa i dogłębnej weryfikacji osób mających mieć jakiegokolwiek kontakt z ‘vulnerable people’, czyli istotami bezbronnymi :) (nigdy nie wiem, jak to normalnie przetłumaczyć) ja, kobieta znikąd, w ogóle nie powinnam była nawet zostać zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną.

* CRB - Criminal Record Bureau - instytucja wydająca zaświadczenia o niekaralności
A ponad to któż szuka nauczycieli na Gumtree, portalu z amatorskimi ogłoszeniami drobnymi?!
Może ewentualnie korepetytorów do nauki suahili czy na
prywatne lekcje grania na pile. Ewentualnie opiekunek do dzieci na własne (spore, bym powiedziała) ryzyko. Owszem, ogłoszeń dla nauczycieli są miliony, ale są to ogłoszenia rozlicznych agencji werbujących belfrów (i poddających ich, rzecz jasna w miarę potrzeby owej weryfikacji).
Ja o tym jednak w swojej naiwności nie wiedziałam.
Moja świadomość odnośnie życia na Wyspie, a w szczególności szukania pracy tam, ukształtowana była li i jedynie na podstawie rozmów z moim bratem stryjecznym, który robił w UK zawrotną karierę jako informatyk, i który telefonicznie przekonywał mnie, że jako profesjonalistka, czyli dogłębnie wykształcona w dziedzinie edukowania innych absolwentka dwóch fakultetów i zweryfikowany przez życie praktyk, nie będę miała najmniejszych problemów ze znalezieniem pracy. Ba! Oni tam na tych Wyspach to mieli się niemalże o mnie zabijać, fundować mi bilety na rozmowy kwalifikacyjne nawet odległych miastach i zasypywać mnie propozycjami nie do odrzucenia. Taka głupia to ja oczywiście nie byłam (może głupia, ala taka to już nie), żeby dać wiarę tym wszystkim opowieściom dziwnej treści. Może informatyków tak werbowali i ‘headhuntowali’, ale nauczyciele to chyba jednak inna kasta.
Miałam jednak mimo wszystko dość hurraoptymistyczne nastawienie i pakując walizki wertowałam Gumtree – jedyne znane mi wtedy miejsce szukania pracy. Jak już wspomniałam, powalająca większość ogłoszeń pochodziła z agencji, które chciały zwiększyć sobie bazę danych. Dlatego też gdy znalazłam konkretne ogłoszenie ‘z krwi i kości’, z adresem mailowym do konkretnej osoby, niezwłocznie wysłałam tam moje CV.
Jakiegoż doznałam szoku, gdy za parę godzin zadzwoniła do mnie Lucy z Londynu,
zapraszając mnie na rozmowę, jak tylko będę na miejscu (jak się później okazało, Lucy była świecie przekonana, że jestem tylko na wakacjach w Polsce :))
Co się działo od czasu tegoż telefonu do rozpoczęcia przeze mnie pracy nie będę opisywać, choć materiału by starczyło na dość długą (i marną) komedię pt. 'Zakompleksiona Polka w Londynie czyli antyporadnik dla początkujących emigrantów'.
Niemniej jednak w dniu 1 września, trzy tygodnie po przeprowadzce z Polski, rozpoczęłam swoją pierwszą pracę.
Co kierowało Lucyną – tego nie wiem i nigdy się nie dowiem. Najprawdopodobniej też trafiłam się jej jak ślepej kurze ziarno, bo wiedząc, że jest to praca tylko na 3 miesiące i na pół etatu, zgodziłam się ją wziąć i to dodatkowo bez umowy. Musiałam TYLKO zarejestrować działalność gospodarczą na udzielanie usług edukacyjnych (10 minut rozmowy telefonicznej i sprawa załatwiona). Oficjalnie ‘wynajmowała’ mnie mama dziecka i ona też mi płaciła. Była to tzw. independent school, czyli szkoła prywatna, co pewnie jeszcze bardziej sprawę wyjaśnia.
Tak więc rozpoczęłam swoją przygodę w angielskich placówkach edukacyjnych jako "highly overeducated for this position Support Learinging Assistant for C." (w wolnym tłumaczeniu grubo przeedukowana, jak na takie stanowisko, pani do pomocy w nauce dla chłopca o imieniu C.) - taki tytuł nadała mi Lucy, która okazała się super szefową, i której dozgonnie będę wdzięczna za okazane mi zaufanie i możliwość uzupełnienia mojego CV o bardzo ważną pozycję - lokalne doświadczenie zawodowe (Niestety o polskich uczelniach pedagogicznych i ich prestiżu to raczej nikt tu nie słyszał :)).
To be continued ...
super-teacherka

fakt czy opinia

Fakt czy opinia?

Angielskie dzieci niemal od pieluchy mają wpajane jak kluczowe jest odróżnianie faktów od opinii. Ba, są nawet całe strony uczące tej trudnej sztuki. Można zobaczyć tam przykłady wycinków prasowych zawierających i jedne i drugie, ściągnąć listę popularnych zwrotów używanych w wyrażaniu opinii czy relacjonowaniu faktów, a nawet dowiedzieć się, jak sprytnie manipulować językiem, by własne przekonania ubrać w poważnie brzmiące oświadczenia.


Oto różnica:

Fakt

    • Ostatnie badania wykazały ...
    • Zgodnie z wynikami ostatniego sondażu ...
    • Najnowsze odkrycie potwierdzają, że ...
    • Naukowcy odkryli niedawno, iż ...


Opinia

  • Firma twierdzi, iż ...
  • Zespół prowadzący badania przekonuje ...
  • W opinii profesora Donaldsa...
  • Większość ekspertów podejrzewa, że ...


Przyznam, że ja wciąż się zmagam z rozwiązywaniem tego typu dylematów i pewnie często daję się zmanipulować. Nie wiem, czy to brak treningu od wczesnych lat dziecięcych, czy skostniałość w sposobie myślenia :)

Aby zaoszczędzić Państwu podbnych dylematów oświadczam, że na moim blogu fakty będą pojawiać się głównie w kontekście linkowanych stron internetowych i cytowania ich zawartości. Ogromna większość wpisów będzie najzwyczajniej w świecie prezentowała MOJE PRYWATNE OPINIE na dany temat, ukształtowane przez pryzmat doświadczeń, emocji, kompleksów i oberwacji nader cząstkowch. Nie będę głosiła tu teorii (co najwyżej hipotezy :)), nie zamierzam nikomu wmawiać, że treści tego bloga są bezdyskusyjne i nie uzurpuję sobie prawa do posiadania jedynie słusznych poglądów na wszystko.
Moje radosne przeżycia w polskich szkołach zakończyły się w roku 2004.
Nie wątpię (i mam nadzieję), że od tego czasu wiele się zmieniło. Dlatego też moje informacje mogą być nieco przeterminowane. Wszelkie korekty z lepiej poinformowanych źródeł przyjmę zatem przyjmę z pokorą :)

Pondto - uprzedzam lojalnie - zamierzam regularnie używać tu wysoce niepoprawnego politycznie uogólnienia ‘Anglicy’.
Wiem, iż nazwanie Walijczyka Anglikiem bywa gorszą obrazą niż niejeden epitet, a społeczeństwo brytyjskie jest bardziej zróżnicowane niż polska scena polityczna – ale całkiem świadomie wybieram pójście na łatwiznę. Z resztą de facto mieszkam w Anglii i uczę w angielskiej szkole, więc nie powinno to zbyt odbiegać od prawdy. Uprzedzam jednak potencjalne dyskusje w kwestiach formalnych – które swojego czasu, gdy bywałam jeszcze często na forach polonijnych – na równi mnie śmieszyły, co męczyły.
Zachęcam jednakże do wyrażania swoich opinii na tematy opisywane na blogu, do zadawania pytań i do ewentualnych sugestii, o czym chcieliby Państwo w przyszłości przeczytać.
Obiecuję w miarę możliwości używać języka polskiego w jego najczystszej postaci, jednak czasami wstawki w 'pinglish' będą nieuniknione, ze względu na nieprzetłumaczalność lub zbyt zawiłe znaczenie niektórych pojęć i zwrotów.

super-teacherka

inspiracja, czyli co mnie pchnęło

Jak to zwykle w życiu osób impulsywnych bywa, i w moim nadszedł taki moment, że poczułam, iż ten blog musi powstać teraz, zaraz, natychmiast!!!
Wszystko inne poszło w odstawkę: moje pozostałe blogi, facebook, sklep internetowy oraz wszelkie inne – bardzo liczne – aktywności wirtualne. Ta inspiracja spłynęła na mnie wczoraj, podczas wieczornych dywagacji z moją przyjaciółką na temat różnic między polskim a angielskim systemem edukacji. Miałam jej przesłać linki do ciekawych stron edukacyjnych, których niezmierzone zasoby przekopuję często i namiętnie. Przeglądając zakładkę ULUBIONE pomyślałam sobie, że muszę, MUSZĘ się gdzieś to wszystko spisać i ... podzielić się tą wiedzą tajemną.
Jak postanowiłam, tak też zrobiłam.
Poranna kawa była spóźniona, gdyż obmyślałam tytuł bloga, ziemniaków obrałam tyle, że pułk możnaby wykarmić – zapędziłam się w planowaniu tematów do opisania. Kotlety się troszeczkę przypaliły ("Dać 5 czy 6 podkategorii?"). Na spacer z dziećmi wysłałam mamę, by w spokoju nakreślić w myślach wstęp. A na kolację były jogurty. Nie będę się przecież bawić w robienie kanapek, jak trzeba wybrać szablon!
A teraz ... a teraz jest już jutro i wreszcie finalizuję mój pierwszy wpis.

To oczywiście dopiero nieśmiały początek i nie wiem, jak będzie mi dalej szło, gdyż akurat mam ferie i chwilę oddechu. Chciałabym jednak iść za tym impulsem i dać upust moim, niestłumionym nawet przez moją polonistkę, zapędom publicystycznym :)
A teraz konkretnie: Jestem belferką. Nie trudno się domyślić po nazwie bloga i po nicku. Tak dla jasności dodam tylko, że owo ‘super’ w moim nicku, to była sugestia Bloxa (gdzie pierwotnie założyłam blog - a teraz mi go szkoda porzucić :)), bo login ‘teacherka’ był już zajęty :))
Mam pełną świadomość, że namiętnie nadużywane przeze mnie zdania bardzo_wielokrotnie_złożone, rozpoczynane nierzadko od 'Gdy' i 'Ale', czy też kulawa interpunkcja (z ortografią chyba daję radę) powodują, że formalnie tytuł 'super' mi się nie należy.
Tak więc jestem belferką. Nie z powołania, ale z wyboru, którego już nie raz żałowałam. Rzucam ten zawód w chole*ę średnio raz na tydzień. Trzyma mnie przy nim jakaś resztka pragmatyzmu.
Ze Stasi Bozowskiej nie ma we mnie ni krztyny!!!
Jednak jakoś na swój sposób ten zawód lubię. I cieszy mnie, że czasami nawet widać efekty mojej harówki :)
Gdzie ja nie pracowałam i kogo to ja nie uczyłam! Opiszę to kiedyś bardziej szczegółowo. Na potrzeby wstępu dość powiedzieć, że pracowałam w szkołach polskich i angielskich, masowych i specjalnych, w małych grupach, dużych grupach i indywidualnie. W Anglii zaczynałam swoją karierę od ... wolontariatu, a wylądowałam jako konsultant (jak ja to zrobiłam – nie wiem :)).

Na Wyspach moją przygodę ze szkolnictwem zaczynałam od totalnej postawy na NIE i krytykowania wszystkiego, co dotyczyło albiońskiego systemu edukacji.
Ale ewoluowałam.
Nie, żeby punkt widzenia zmieniał się z punktem siedzenia. Po prostu obserwowałam i chłonęłam. Zaczęłam mieć przekrój przez różne rodzaje szkół, moje dzieci zaczęły przechodzić przez poszczególne poziomy edukacji, ja poszłam na studia (kolejne w moim życiu, ale czy ostatnie???).
Po 2 latach pozwoliłam sobie na refleksję, że może jednak w tych angielskich szkołach czegoś uczą ...
Teraz, po 7 latach, mam już zupełnie inne spojrzenie, którym chciałabym się z Wami podzielić.
Moim celem absolutnie nie jest krytykowanie polskiego systemu edukacji, choć porównania będą nieuniknione. Nie mam zamiaru wychwalać też pod niebiosa wszystkiego, co zrodziło się w głowach edukatorów Jej Królewskej Mości. Chciałabym opisywać różne ciekawostki ze świata angielskiego szkolnictwa, pokazywać różne nietypowe, zaskakujące rozwiązania i PRZEDE WSZYSTKIM dzielić się linkami do interesujących stron edukacyjnych, z których korzystają brytyjscy uczniowie i nauczyciele. Chciałabym, aby ten blog był inspiracją dla rodziców, chcących pomóc swoim dzieciom w nauce (nie tylko angielskiego) i nauczycieli. Żeby był skarbnicą wirtualnych pomocy naukowych i ciekawych rozwiązań.
Życzcie mi powodzenia, a obróci się to na Waszą korzyść :))
Prezentowane przeze mnie strony będą dotyczyły nie tylko nauki angielskiego ale też innych przedmiotów. Siłą rzeczy będą one po angielsku :) ale będę starała się objaśniać z grubsza gdzie co i jak znaleźć dla tych mniej biegłych.
Może to ZAINSPIRUJE niektórych do nauki tego pięknego języka?

ZAPRASZAM BARDZO SERDECZNIE
super-teacherka