Showing posts with label Anegdotki. Show all posts
Showing posts with label Anegdotki. Show all posts

sztuka wyboru :)

Dostałam wyróżnienie od dwóch blogerek, które bardzo cenię, więc tym bardziej jest mi miło. Najtrudniej będzie mi wytypować następców, bo nie mam aż tak dużo wirtualnych znajomości, ale spróbuję :)
Pytania dostałam tylko od Asiaji / Asiyej :)))
(jejku, jak odmienić nick Asiaya :))
Viki nie przekazała pytań dalej. Uff, mniej roboty, hi, hi.

Zasady:
Liebster Award jest to wyróżnienie otrzymywane od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane blogerom o mniejszej liczbie obserwatorów, żeby dać im możliwość spopularyzowania bloga.
Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie ty wybierasz i nominujesz 11 kolejnych osób (nie zapomnij ich o tym poinformować ;-) oraz zadajesz im 11 wymyślonych przez siebie pytań.
Nie wolno nominować bloga, który nominował ciebie.

Odpowiadam zatem na te zadane:
1. Kawa czy herbata?
Niestety ja w ogóle mało piję, bo jak chodzę od szkoły do szkoły, to wolę nie musieć szukać łazienki :))
(ta odpowiedź nie jest inspirująca, więc właściwie nie powinna paść na moim blogu, ale cóź, nikt nie jest bez wad :)))
Kawę piję na przebudzenie, ale nie lubię jej smaku, herbatę zaś pijam rzadko. Ostatnio mam 'fazę' na wodę z miodem i cytryną.

2. Słodko czy słono?
Zależy co i kiedy, ale raczej (niestety) na słodko.

3. Torba czy plecak.
Plecak to był atrybut mojej młodości. Potem już tylko elegancka torebka.
A teraz ... w ręku torebka, na plecach plecak z papierami, teczkami, stetoklipem, bateriami do aparatów słuchowych, tubkami, gruszką do przepychania tubek i oczywiście płyn antybakteryjny, bo uszy niektórych moich uczniów nie są często zbyt czyste :))))

4. Miasto czy wieś?
Ehhh, sama nie wiem. Generalnie jestem 'a city girl'. Zawsze mieszkałam w dużych miastach, ale odkąd się przeprowadziłam do Londynu (z dziećmi), to duże miasta mnie męczą.
Jednak wieś? Nieee, raczej jakieś mniejsze miasteczko.

5. Biblioteka czy księgania?
Jako miejsce pracy? Żadne z tych :)))
A jeśli chodzi o dostęp do książek, to przy wielu przeprowadzkach zostaje mi głównie biblioteka, choć w księgarniach się ślinię straszliwie.

6. Samolot czy pociąg?
Samolot - nie cierpię długich podróży. Choć ... samolotem też w sumie jest bardzo długo, te godziny przed i po odprawie spędzone na lotniskach ...

7. Czarno-biało czy kolorowo?
Czarno-biało to zdecydowanie nie, ale feeria barw też jest męcząca. Najbardziej lubię tak ładnie nazwane po angielsku 'colour-schemes' albo 'coordinated colours'. I one ewoluują. Kiedyś było rudo-brązowo, teraz granaty i szarości.

8. Czucie i wiara czy szkiełko i oko?
Dla ciała szkiełko, oko i czucie :)), dla duszy wiara.

9. Zbierasz zdjęcia czy wspomnienia z podróży?
Wspomnienia w głowie, zdjęcia w komputerze.

10. Mierz siły na zamiary czy zamiary na siły?
Ja mierzę jednak siły na zamiary. A i tak się często przeliczam :(

11. Lepiej grzeszyć i potem żałować czy żałować, że się nie grzeszyło?
Wolę nie grzeszyć i nie żałować :)

Moje pytania:
1. Domatorka czy 'powsinoga'?
2. Ścisłe podążanie za trendami w modzie czy własny, niezależny styl?
3. Tęsknisz za byciem dzieckiem czy dobrze ci być dorosłym?
4. Bycie sławnym czy ciche, spokojne życie?
5. Marzeniom trzeba pomagać czy nie ma się wpływu na to, co się stanie?
6. Współczesne społeczeństwa są bardzo 'dzieciocentryczne' - Zgadzasz się z tym stwierdzeniem czy nie?
7. Praca marzeń czy pozwalająca na utrzymanie na dobrym poziome?
8. Jedna rzecz na raz czy 'multitasking' (wielozadaniowość)?
9. Gdybyś mogła się przenieść w czasie i żyć w innej epoce, to jaki okres by to był?
No i nie mogłabym nie skorzystać z takiej okazji, żeby się zapytać:
10. Co/Kto cię inspiruje?
11. Podziel się Twoją ulubioną stroną, którą można by podciągnąć pod kategorię 'Edukacja'
(przyznam, że bardzo liczę na fajne odpowiedzi szczególnie na to pytanie :))))

Blog nominowane:
Emigrantka z miłości - za piękny blog, piękne zdjęcia i piękną motywację do emigracji

Logopedia Praktyczna
- za fantastyczne, inspirujące pomysły i dzielenie się z innymi swoimi zdolnościami (wiele pomocy do ściągnięcia i wydrukowania, totalnie za free)

Matka Polka w UK
- za super smakowite potrawy i inne ciekawostki z Wyspy.

Kuchnia na Wyspie
- za wszystko: piękne zdjęcia, piękne mozaiki i piękne pisanie o życiu na Wyspie

Kuchnia pod Wulkanem
- za oryginalne potrawy i bardzo czytelne 'krok po kroku', z piękną dokumentacją zdjęciową każdego etapu 'przetwórczego' :))

Ponad siebie
- za inspirujące zabawy i świetne pomysły na to jak zorganizować życie dwóm ciekawym świata chłopcom

Blogostrefa
- za super pomysł na odkrywanie i jednoczenie polskiej blogosfery i blogostrefy :))

Zofię Sumczyńską
- bo jestem zauroczona Jej witrażami i lampami.

Imigrantkę z Londynu
- za przybliżanie czytelnikom piękna tego miasta

(wychodzi na to, że ze mnie jakaś zapalona kucharka i followerka blogów kulinarnych - nic bardziej mylnego, ale te blogi mnie inpirują. Może kiedyś coś nawet ugotuję :)))
Mam nadzieję, że przejmiecie pałeczkę, choć jeśli żywicie bezbrzeżną niechęć do wirtualnych łańcuszków lub do uchylania rąbka tajemnicy, to oczywiście przyjmę to ze zrozumieniem :)

Caramellita Rozbawiona

Konkurs dla belfrów i nie tylko :)

Dzisiaj przyszła wreszcie pora na długo obiecywany konkurs.

Dzień Nauczyciela jest po temu idealną okazją :)

Nie, żebym go świętowała namiętnie; nawet nie wiem, czy w UK jest coś podobnego. Nie dostałam nigdy żadnej trzynastki, więc chyba nie ma :). Zresztą ja nigdy nie lubiłam tego typu ceregieli. Dostawał człowiek naręcze wiechcia i tarabanił się z tym do domu przez pół Warszawy, narażając się na liczne pobłażliwe lub pogardliwe (a może to moja nadinterpretacja) spojrzenia przechodniów.

No, trochę koloryzuję, bo po pierwsze to nie przeżyłam tych 'świąt' tak wiele (jako belfer), a poza tym anglistom nie dawało się tak namiętnie kwiatów. Dawało się polonistom, matematykom, wychowawcom i tym, z których przedmiotu spodziewano się zagrożenia :).
A może po prostu mnie nie lubili :)
Poza tym to woziłam te kwiaty samochodem.
Fakt pozostaje jednak faktem, że jest to dla mnie święto sztuczne i wcale za nim nie tęsknię.*

A zatem konkurs.

Temat konkursu jest następujący:

ŚMIESZNE WPADKI NASZYCH BELFRÓW
Możecie wpisywać anegdotki z własnego podwórka (jeśli jesteście nauczycielami), wspomnienia z dzieciństwa lub z życia waszych dzieci.

Przewiduję 2 nagrody:

- za najlepszą/najśmieszniejszą anegdotkę
 
Zostanie ona wyłoniona przez jednoosobową nieomylną komisję roszczącą sobie prawo do posiadania jedynie słusznego poglądu w kwestii angegdotki w składzie: super-teacherka. W ramach doradców wystąpią osobiste dzieci przewodniczącej jury.

Zwycięzca otrzyma 3 rzeczy:
- dwa kleje z brokatem w tubce - świetne do ozdabiania kartek, ozdóbek choinkowych, obramowywania zdjęć (długo schną, ale efekt jest prześliczny) - kolory niebieski i złoty
- zestaw flamastrów do malowania po szkle i porcelanie - super do ozdabiana bombek, kubeczków, talerzyków. W zestawie jest 6 kolorów: czerwony, zielony, turkusowy, fioletowy, szary i pomarańczowy
- oraz zestaw 42 drucianych 'szczoteczek'
Męczyłam się, męczyłam, ale nie mogę lepszej nazwy wymyślić; po angielsku to się nazywa tinsel pipe cleaners czyli w dosłownym tłumaczeniu błyszczące wyciory do czyszczenia rur :)) - mają one różne zastosowanie, można robić z nich ludziki, ozdoby, obrazki. Ja bardzo lubię używać je do robienia kwiatków pop-up cards. Jubilatom i solenizantom bardzo się podoba.
Kolory: złoty, srebrny, fioletowy, granatowy, czerwony i zielony

- nagroda pocieszenia - zostanie wyłoniona w drodze losowania.

Zwycięzca otrzyma zestaw 10 ozdób choinkowych - zdrapek.
Ozdoby są czarne, a pod spodem mają wielobarwną warstwę, która się ujawnia po zeskrobaniu drewnianym rysikiem. Dodatkowo w zestawie są kolorowe wstążeczki do zawieszenia ozdóbek
- oraz 2 komplety drewnianych nalepek ze zwięrzętami - fajnych do robienia własnych kartek lub scrapbooków.


Anegdotki możecie wpisywać w komentarzach lub wysyłać mi na maila
super-teacherka@gazeta.pl


Warunki konkursu:
- anegdotki nie mogą być wulgarne, gdyż takie wpisy będę usuwać.


Żeby was zachęcić napiszę 2 anegdotki z mojego własnego podwórka.

Pierwsza dotyczy mojej polonistki z liceum.
Pani była osobą o złotym sercu, z pasją, darem opowiadania i fajnym podejściem do młodzieży. Miewała swoje odjazdy np. miała awersję do rajstop i nawet w najbardziej trzaskające mrozy chodziła w spódnicy i kozakach na gołe nogi. Była też z lekka nieprzytomna - i jest to zdecydowanie eufemizm :)
Pewnego dnia, gdy mieliśmy w perspektywie 2 godziny polaka (2 ostatnie lekcje, komu chce się myśleć, a poza tym wiosna za oknem) staraliśmy się usilnie coś wymyślić, żeby pani zamiast przerabiania Tristana i Izoldy dała nam trochę na luz.
Pod pokój nauczycielski została wysłana delegacja złożona z najbardziej wygadanych (nie mogę powiedzieć, że z pupili pani, bo ona naprawdę wszystkich lubiła). Poprosiliśmy o 'wywołanie' pani B.
Wyszła, z nieco przestraszoną miną, szeroko otwartymi oczami, omiotła nas nieprzytomnym wzrokiem i spytała:
- A co wy ode mnie chcecie? Ja nie mam teraz chyba z wami lekcji?
Zatkało nas tylko na chwilę, ale z młodzieńczym refleksem zawyliśmy bardzo przekonująco:
- Nieeeeee, pani Psor.
- No to już mi stąd!
Poszliśmy nieco skonsternowani pod klasę. 
Zadzwonił dzwonek. Pani nie było. Pięć, dziesięć, piętnaście minut ... Wreszcie ktoś zarządził ewakuację. A że w tamtych czasach szkoły nie były jeszcze tak pilnie strzeżone i układy z woźnym się miało, w dwudziestej minucie lekcji paradowaliśmy skocznie na nasze pierwsze wiosenne, LEGALNE, wagary.
W końcu nauczyciel nie przyszedł, nie?

***

Druga anegdotka będzie już z moim udziałem. Pomijając wpadki z flashcards (i wiele innych, niestety) jedną z ciekawych zaliczyłam jak tylko zaczęłam pracować w angielskiej szkole jako teaching assistant.

Wybraliśmy się z klasą jedenastolatków na szkolną wycieczkę do centrum Londynu. Jednym z punktów programu był Pałac Buckingham.
Dzieciaki w szkolnych mundurkach przylgnęły do ogrodzenia, podziwiając zadzierających pod kątem prostym nogi żołnierzy w niedźwiedzich czapach.



Nadszedł czas 'odwrotu'. Zaczęliśmy gromadzić pupilków w jedną grupę, starając się nikogo nie zgubić w tłumie turystów. Ja nawet dobrze nie znałam jeszcze imion wszystkich dzieci, szczególnie, że wiele z nich było bardzo obco brzmiących. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że różnorodność imion, ze względu na wielokulturowość brytyjskiego społeczeństwa jest niewiarygodna. Wiele imion brzmi podobnie, niektóre noszone przez chłopców brzmią 'dziewczęco' np. Ravishanka, inne, rzekomo są dziewczęce brzmią dla mnie męsko np. Dilveen, a część ma takie samo zdrobnienie dla obu płci np. Jo zamiast Josepha i Joanny, Sam dla Samuela i Samanthy itd.
Nagle dostrzegłam kątem oka jedną dziewczynkę, namiętnie przyssaną do barierek i nic sobie nie robiącą z naszych nawoływań. Ponieważ nie znałam jej imienia, podeszłam i dotknęłam lekko jej ramienia, mówiąc, że "time to go, darling".

Zero reakcji. 

Położyłam jej rękę na ramieniu i trochę mocniej potrząsnęłam.

Nic.

W końcu delikatnie pociągnęłam ją za bordowy mundurek.
W tym momencie krnąbrna osóbka się odwróciła, a mi ukazała się zirytowana już nieco twarz .... japońskiej turystki. W bordowym sweterku :)

A teraz głos oddaję wam.

Konkurs trwa do końca października. Ogłoszenie wyników 5-go listopada !!!
_____________________________________________
* Żeby nie było, że jestem taka na anty cytuję, co napisałam na forum w dyskusji o prezentach dla nauczycieli:
Ja - z punktu widzenia nauczycielki nie lubię dostawać prezentów - strasznie to krępujące.

Z punktu widzenia rodzica ... w Polsce dostawałam szału, jak moi rodzice przychodzili z zebrania i mówili, że komitet zbierał na prezent dla wychowawcy (Za co? zadawałam sobie pytanie, znając jego poczynania).

Moje dzieci poszły do szkoły dopiero w Anglii i ... jakoś teraz mi nie szkoda dawać :)) (choć wychodzi niezła sumka - trójka dzieci, a w klasie nauczycielka i teaching assistant lub jeszcze ktoś kto okazjonalnie pomaga; na Święta i koniec roku) - bo mam świadomość, że nauczyciele wykonują super pracę, moje dzieci uwielbiają chodzić do szkoły i jestem za to wdzięczna również nauczycielom.
Ale tu się odbywa to na zasadzie - daje, kto chce. Podchodzi się do reprezentanta klasy (jakaś mamusia ochoczo drepcząca po placu zabaw przed i po szkole - podziwiam za zapał, tak swoją drogą :)), daje się TYLE ILE SIĘ CHCE, potem wszyscy, którzy się złożyli podpisują się na kartce dołączanej do prezentu (Anglicy i ich 'świr' na punkcie kartek :)), a rodzice dostają mailem zdjęcie prezentu, tak że każdy wie, na co poszły pieniądze.
Najczęściej są to vouchery do jakiegoś ekskluzywnego sklepu i nauczyciel kupuje sobie, co chce.

Sądzę, że jak bym była przymuszana, szczególnie, jakbym nie była zachwycona nauczycielem, to bym się też wkurzała. 




Flashcard Stories

Flashcards, czyli fiszki.
Tak to się podobno tłumaczy, ale pewności nie mam :)
Pozwólcie, że zostanę jednak przy terminie angielskim, bo jakoś te 'fiszki' mi nie podchodzą - kojarzą mi się z przedpotopowym sposobem inwentaryzacji informacji.
Zamierzam o nich dzisiaj napisać słów parę, bo to wdzięczy materiał do pracy z uczniami wszelakiej maści. Mam trochę utrudnione zadanie, bo mój laptop się zbuntował i musiałam wymienić w nim twardy dysk. Pan z serwisu przyjechał po 15 minutach od mojego telefonu, co ucieszyło mnie tak bardzo, że ... zapomniałam skopiować sobie mój piękny folder z Ulubionymi. Także bye-bye wszystkie misternie gromadzone linki (które były inspiracją do rozpoczęcia tego bloga).
A gdybym miała prawdziwe, ręcznie zapisane fiszki, to pewnie by się ostały :)

Postanowiłam się jednak nie poddawać tak łatwo.
Ja was jeszcze dopadnę!
A w kwestii flashcards ...
Jak zaczynałam nauczać angielskiego, to zaczęły się one pojawiać na rynku wraz z zalewem co raz to nowszych podręczników, głównie dla maluchów i miały postać obrazków raczej niż wyrazów. I od razu zyskały moją sympatię. Choć to co później znalazłam w necie przerosło moje najśmielsze oczekiwania.




Pomysłowość (i poczucie humoru) autorów tworzących je nie zna granic - jak choćby te alfabetyczne powyżej - czyli alfabet dla kujonów :).
Są więc flashcards z fotografiami, z rysunkami, z podpisami lub bez, albo wręcz same tylko wyrazy. Ja osobiście najbardziej lubię flashcards ze zdjęciami lub ładnymi obrazkami. Nie lubię rysunków:

- zbyt wyrafinowanych
(to ma być 'kawa'),

- dziwacznych (a to 'happy'),

- niejasnych lub zbyt uproszczonych ('łyżka')


- nieregularnych ('tea'),

- ze zbyt dużą ilością szczegółów (Czy to świąteczna kanapka?)


A szczególnie nie lubię jak karty nie są w tym samym stylu, tylko każda z innej parafii:


To oczywiście kwestia gustu. Ja cenię sobie prostotę :)

Lubię jak flashcards utrzymane są w jednakowej konwencji, choć wiem, że ten efekt jest łatwo osiągnąć przy rzeczownikach, ew. przymiotnikach i przyimkach. Trudno jest znaleść darmowe flashcards o takiej tematyce jak czynności, cechy jak np. przeciwieństwa czy bardziej specyficzne przedmioty, np. przybory kuchenne.


Zaczęłam od krytyki :) A teraz pozytywy.
Flashcards mają szerokie zastosowanie - w zależności od kreatywności nauczyciela lub rodzica.
Kilka pomysłów na wykorzystanie kolorowych karteczek ze słowami, obrazkami, zwrotami lub wszystkim na raz:
- do nauki alfabetu, nowych słów/ zwrotów,
- do grania w Czarnego Piotrusia lub Memory (jeśli dysponuje się podwójnym zestawem),
- do nauki czytania lub liczenia,
- do tworzenia zdań lub krótkich opowiadanek,
- do wklejania do zeszytów (w celach różnych - do podpisywania, jako materiał powtórzeniowy, jako info dla rodziców),
- jako jedyny często - w przypadku liczby emigrantów napływających do szkół o każdej porze roku - sposób komunikacji,
- a także do tworzenia np. gazetek ściennych (displays), które są podsumowaniem tego, co zostało przerobione.
Flashcards są bardzo pomocne nie tylko w nauce języka obcego.
Dla wielu dzieci z trudnościami w nauce, które często łatwiej rozumieją i zapamiętują bodźce wzrokowe niż werbalne są ułatwieniem w komunikacji. W formie uproszczonej lub wręcz symbolicznej świetnie sprawdzają się w nauczaniu dzieci z opóźnieniem umysłowym.
Dla dzieci głuchych i niedosłyszących – absolutnie niezbędne, stanowiące uzupełnienie migów, czytania z ust i wykorzystywania resztek słuchowych. Zresztą generalnie wspomaganie nauczania visual cues (wskazówkami wizualnymi ?) jest promowane przez wielu edukatorów, a tzw. Multisensory Approach czyli angażowanie wszystkich zmysłów zyskuje sobie coraz więcej zwolenników (choć należy pamiętać, że w niektórych przypadkach jest to raczej niewskazane, jak np. w nauczaniu dzieci nadpobudliwych psychoruchowo – aczkolwiek jest to również sprawa dyskusyjna).

Szukając materiałów do tego wpisu natrafiłam nawet na takie oto interesujące wykorzystanie flashcards. Otóż niektórzy mieszkańcy Nowego Yorku mogą kupić sobie zestaw 30 kart z ... prawami najemcy :) żeby łatwo się połapać w tym, kto za co odpowiada i jak się skontaktować z odpowiednimi instytucjami.

Flashcards można ściągnąć z wielu stron internetowych całkowicie za friko. Na niektórych stronach trzeba się rejestrować. Jest też całe multum stron, gdzie można kupić naprawdę prześliczne karty na każdy temat. Ale ja nie o tym ... :)
Są też strony, na których można stworzyć własne dzieła wiekopomne - choć moim zdaniem za dużo z tym zachodu. Po co się rejestrować, załadowywać zdjęcia, zapisywać zrobione przez siebie pomoce jakichś stronach, jak można z powodzeniem użyć Paint'a i Word'a?
W jakiejkolwiek postaci - ułatwiają na pewno życie.

Z flashcards wiążą się 2 raczej mało przyjemnie incydenty w mojej karierze nauczycielskiej – z których jednak wyciągnęłam wnioski na całe życie :)
Gdy zmagałam się, by nauczyć paru opornych osobników czytania wyrazów z głoskami /eɪ/ oraz /i:/, które zapisuje się w angielskim jako ai, ay, a_e (train, play, made) oraz ee, ea, y (meet, teach, cherry) postanowiłam, skupić się na poszczególnych podgrupach, przygotowując tony flashcards. Zasiadłam w szkolnej pracowni komputerowej z listą potrzebnych wyrazów.




W szkołach jest bardzo czuły filtr blokujący większość nieodpowiednich (lub pozornie nieodpowiednich – dmuchamy na zimne, panowie i panie ) stron internetowych. Każda gmina ma swój system filtrujący, który powoduje, że najczęściej mało co da się otworzyć. I nie tylko dotyczy to facebooków i innych portali społecznościowych (bloxa włączając – i bardzo słusznie :)) ale chociażby stron, na których są różne reklamy.
Moje wyrazy nie należały jednak do grupy skomplikowanych – ot, rzeczowniki pospolite. Nic podejrzanego ani zdrożnego w nich nie było. Jakieś tam pociągi, pory, farby, baterie i inne mięsa.
Dziarsko włączyłam Google Images i zaczęłam wklepywać. Szło mi dość gładko, jako że zasoby internetu są naprawdę bogate, choć czasami trzeba trochę poszperać. Po paru minutach doszłam do, jakżesz niewinnego, zdawało by się słowa nauczycielka (teacher). Wpisałam, kliknęłam i ... o mały włos nie spadłam ze stołka. Oczom moim ukazały się bowiem - wciśnięte między grzeczne zdjęcia i cliparty - obrazki pornograficzne, z nauczycielkami, owszem, ale mocno lub zupełnie roznegliżowanymi. Panie w otoczeniu szkolnych ław i staromodnych czarnych tablic dzierżyły atrybuty jak najbardziej kojarzące się tą profesją – druciane okularki, linijki, wskaźniki czy kredy, ale cała reszta wskazywała dobitnie, na przedmiot, jakiego ‘uczyły’. Mimo, iż zamknęłam stronę w ułamkach sekund zimny pot mnie zlał na samą myśl, co by było, gdyby w pracowni były jakieś dzieci (co w szkole na ogół zdarza się dosyć często :)). Potem jeszcze natrafiłam na bardzo nieoczekiwany i równie niecenzuralny wizerunek 'bobra' – poznając przy okazji słówko z angielskiego slangu, którego raczej, jako przykładna dziewczynka nie jestem wielką znawczynią :) Zakończyłam więc moją pracę nad długim ‘i’ i ’ej’ wyciągając z tego bardzo szybko wniosek:
NIGDY NIE PRZESZUKUJ INTERNETU PRZY DZIECIACH !!!
gdyż nie da się przewidzieć, jak różne materiały zostaną otagowane i co szanowny Wujek Google ci wciśnie.

Nauczona tym doświadczeniem przygotowywałam już kolejne pomoce w domu. Tak też było z plakatem mającym zachęcać dzieci do czytania.
W tamtym czasie pracowałam jako pedagog specjalny z dziećmi z dość sporymi problemami w nauce. Trudności te brały się przeważnie z większego lub mniejszego zaniedbania emocjonalno-socjalnego. Przy odrobinie wysiłku można było jednak ich ‘wyprowadzić na ludzi’ :). Dzieci te najczęściej pochodziły z rodzin emigranckich, w których rodzice nierzadko sami nie potrafili czytać nie tylko po angielsku, ale też w żadnym innym języku. Podandto większość z nich miała ‘mentalność życia na zasiłkach’ (‘benefits culture’) – dzieci te już w wieku 9 lat uparcie twierdziły, że one pracować nie będę, bo i po co? Ich rodzice nie pracują, żyją z zasiłków i jakoś tam sobie radzą (fragment autentycznego dialogu, przeprowadzonego przez moją koleżankę, która nadzorowała projekt polegający na prezentacji różnych zawodów i ścieżek kariery, w celu poszerzenia naszym milusińskim perspektyw życiowych).
Moim zadaniem było więc najpierw zmotywowanie towarzystwa, by w ogóle podjęły próbę
dekodowania tekstu pisanego. Nadrukowałam tony obrazków przedstawiających rzeczy, do zeksplorowania których umiejętność czytania się przydaje. A wbrew pozorom nie były to tylko książki czy gazety ale też: komiksy, etykietki, podpisy na filmach, mapy, poradniki, słowniki, tabelki, przepisy, listy zakupów, instrukcje, maile, listy, plakaty, szyldy, tablice informacyjne, rozkłady jazdy i parę innych rzeczy.


Jak i w przypadku poprzednich słów – była to super okazja do NAUCZENIA ich paru nowych rzeczowników – zdumiewające jest bowiem jak wielu oczywistych dla nas słów pokolenie telewizji i gier komputerowych nie rozumie. Nawet taka znana na całym niemalże świecie bajeczka o 3 świnkach może przysporzyć niemałych trudności. Któż bowiem w dzisiejszym zurbanizowanym świecie wie, co to słoma :) (kolejny autentyk z mojej pracy).
Jednym z owych słów tajemnych był list. Taki najzwyklejszy list.
Skąd oni mają znać takie pojęcie? Owszem, ich rodzice czasami dostają ‘listy’ czyli druczki maści wszelakiej, najczęściej z urzędów, banków lub komorników. Listów jako takich się nie pisuje (zresztą nie tylko w kręgach mniej piśmiennych – epistolografia to sztuka wymierająca). Jakże więc się ucieszyłam, gdy znalazłam fajny, dziecięcą rączką pisany liścik.


Pewna Nicola nabazgroliwszy kilka rysunków dziękowała pilotowi za udany lot. Przeczytałam z grubsza przesłanie i wydrukowany obrazek skrzętnie umieściłam na plakacie. Nie przeczytałam go jednak do końca ... i to był mój błąd...
Plakat mojego autorstwa tak zainteresował moich uczniów, że zaczęli go namiętnie oglądać. Liścik Nicoli, nie wiedzieć czemu przykuł ich największą uwagę (może ze względu na długość, a raczej ‘krótkość’ :)). Zaczęli więc dukać pod nosem. Doszli do słów ‘thanks for a nice flight’, tu na chwilę zawiesili głos, po czym z gromkim śmiechem wyryczeli na cały pokój ostatnie zdanie – do którego ja już nie raczyłam dobrnąć:


Nosz, kurcze, mogłabym to właściwie poczytać sobie za sukces edukacyjny – zainteresowali się tekstem pisanym i przeczytali go samodzielnie. Ale jakoś z dumy nie pękałam :( I mimo, iż natychmiast rzuciłam się do przerabiania plakatu, to wieść gminna po szkole poszła, że pani Super-Teacherka ma 'taaaaaki' plakat w swoim pokoju.


Wysnułam za to kolejny wniosek:
DOKŁADNIE CZYTAJ I WERYFIKUJ WSZYSTKO,
CO ZNADZIESZ W NECIE !!!
Także, jak widać na powyższych przykładach nauczanie i uczenie się to przenikające się procesy, z korzyścią dla obu stron.
Podaję te przykłady świecąc oczami ze wstydu, ale ku przestrodze !!! Może dla niektórych te wnioski są banalne i oczywiste. Ostrożności jednak nigdy dosyć, szczególnie że my nauczyciele jesteśmy na świeczniku i każde nawet najmniejsze potknięcie może nas słono kosztować.
Tak oto proste rzeczy mogą skomplikować życie :)

Na koniec dodam jeszcze, że nie jestem odosobniona we wpadkach - zdarzają się najlepszym i najbardziej doświadczonym. Magazyn Parents popełnił kiedyś taką oto okładkę :)
(Choć nie mam pewności, czy to przypadkiem nie Photoshop - ta wisząca w powietrzu główka dziecka jest podejrzana).

Następnym razem podam parę fajnych linków do stron, z których można ściągnąć gotowe flashcards, a także załaduję kilka moich własnych.
Miłego i bezpiecznego szperania po necie.
super-teacherka