Showing posts with label Konkurs. Show all posts
Showing posts with label Konkurs. Show all posts

Nie dla dzieci ... dla ludzi

Ten wpis uczestniczy w konkursie Blogerzy dla Korczaka.

Polskie Preludium
Książka “Król Maciuś Pierwszy” i jej siostra o królu na wyspie bezludnej, zawsze uwodziły mnie swoimi ilustracjami. Płócienna, twarda oprawa, zszywane, duże karty, rozdziały rozpoczynane ozdobnymi inicjałami (któż z takim pietyzmem wydaje teraz książki?), ani tym bardziej słowo wstępne napisane przez Igora Newerly, dobre trzydzieści lat temu nie wywierały jednak na mnie wrażenia.

Wielkooki chłopiec z włosami ‘na pazia’ mógł być też dziewczynką.
Mógł być mną, jako że fryzurę mieliśmy podobną (dzięki dość monotonnym 'zdolnościom' fryzjerskim mojego taty :)).

 



Chłopiec mnie fascynował. Próbowałam dopowiedzieć sobie jego historię, odgadnąć, co też mogło się stać I dlaczego wylądował na bezludnej wyspie. Lwy, mała Murzynka, rudy chłopak z cygarem dawały mi tylko fragmentaryczny wgląd w historię. W historię, której nie mogłam przeczytać.


Nie mogłam przez nią przebrnąć. Ci wszyscy ministrowie, ambasadorzy, politykierzy, 'orszaki, dworaki, szum pawich piór', skutecznie mnie zniechęcili, a ja nigdy nie ‘cnociłam’ cierpliwością.

Jeśli parę pierwszych stron mnie nie wciągnęło, książka (a czytałam namiętnie) lądowała z powrotem na półce lub w bibliotece.
“Maciusia” jednak nie odłożyłam w niedostępne miejsce. Raz po raz próbowałam wyobrazić sobie losy tajemniczego chłopca. Bez skutku.



Nie przypominam sobie, bym w dzieciństwie chciała zostać królem lub królową. Nie marzyłam o podróżach do egzotycznych krajów, wprowadzaniu reform, jeżdżeniu na słoniu.
Jeśli już o słoniu mowa, to nigdy nie myślałam też, że kapelusz z książki Antoine de Saint-Exupéry jest wężem z zawartością. Nie rozumiałam również innych aluzji. Pan zapalający lampy na jednej z gwiaz, był po prostu latarnikiem, a Mały Książe chłopcem rozmawiającym z różą.

Może nie miałam bujnej wyobraźni, albo nie rozumiałam królewskiego świata :))
A może … “Król Maciuś” jak i inne słonio-wężowo-kapeluszowe książki nie były wcale książkami dla dzieci?

Tak, wiem że przecież Korczak mówił inaczej. Sam napisał w przedmowie, że "dorośli wcale nie powinni czytać mojej powieści, bo są w niej rozdziały niestosowne, więc nie zrozumieją i będą się wyśmiewali". Choć nie można im oczywiście zabronić. Jest jednak mała szansa, że zrozumieją, a jeszcze mniejsza, że zastosują.

Ale to był wybieg.
Oczywista prowokacja, psychologiczny trick w niemalże tabloidowym stylu:
NIE WCHODŹCIE W TO!
A cóż może bardziej zadziałać na potencjalnego sprawcę, niż owoc zakazany, zagrywka na ambicjach, rzucenie rękawicy?

Ja jednak byłam dzieckiem. Do tego dzieckiem nigdy nie czytającym wstępów i przedmów. Nie dałam się więc 'podejść'. Nie podjęłam wyzwania (choć dziś myślę, że książka wpadła w moje ręce ciut za wcześnie).

“Maciuś” z książki do przeglądania, z czasem stał się książką od odkurzania.
Po drodze była też jakaś czarno-biała ekranizacja, ale też mnie zupełnie nie przekonała.

Angielskie Asocjacje

Temat powrócił do mnie niespodziewanie wiele, wiele lat później. Mieszkaliśmy już wtedy w Londynie i gdy moje dzieci dorosły na tyle, by móc spokojnie usiedzieć na dwugodzinnym przedstawieniu, zapragnęłam zorganizować im wyprawę do teatru.

A że lubię szybko wprowadzać słowa w czyny, sprawdziłam na stronie POSK-u (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny), jakie przedstawienia będą wystawiane w najbliżej przyszłości.

“Król Maciuś Pierwszy” hmmm ... nie byłby moim pierwszym wyborem.
Ale cóż. Był to utwór jedyny.

Poszliśmy.

Wtedy właśnie, patrząc z zafascynowaniem na moje dzieci (tak, tak, nie patrzyłam na sztukę, ale głównie na moje dzieci, ktore chichrały, podskakiwały w rytm piosenek, pytały mnie się o nieznane polskie słowa i siedziały z zachwytem w oczach przez bite 120 minut – z niewielką przerwą na ciacho) zrozumiałam, że zawsze miałam rację.

To nie była sztuka (książka) dla dzieci!
A raczej była to sztuka dla dzieci, w takim samym stopniu, jak Shrek, Nemo i cała reszta kinowych hitów, były filmami dla dzieci.
Z milionem aluzji i niedomówień, z których nie wiedzieć czemu mamusie i tatusiowie śmiali się najgłośniej.

Dla najmłodszych została przewidziana tylko warstwa zewnętrzna.
Ta bajeczna, ta idealistyczna, ta do pochichrania i ta do pochlipania.
Dla starszych zaś – jeśli tylko odważyli się podnieść rzuconą przez Starego Doktora rękawicę – pozostawała do przetrawienia warstwa gorzka i twarda.
Ukazująca ich samych w przyćmionym świetle drażliwych kwestii.

Nie chcę zabrzmieć jak jeden z królewskich ministrów (minister, jak należałoby dziś uaktualnić scenariusz :)), który wie wszystko najlepiej i ma swoje najswojsze racje.
Myślę jednak – i wiem, iż teza to śmiała – że dorastając, stopniowo tracimy umiejętność myślenia jak dzieci. 

Nie możemy bowiem wymazać lat doświadczeń, przemyśleń, interakcji.

Ten pryzmat jest już na zawsze wbudowany w nasze głowy.
Przecedza dźwięki, wentyluje zapachy, modyfikuje obrazy.

Możemy się starać, możemy wracać do naszych dziecięcych marzeń, możemy chcieć patrzeć na świat oczyma dziecka. Ale zawsze będzie to tylko próba. Tęsknota za szczerością, naiwnością, dobrocią i prostolinijnością.

("Więc kiedy byłem taki, jak na tej fotografii, sam chciałem zrobić wszystko, co tu napisane.[...]ważne jest, kiedy naprawdę chciałem być królem, a nie kiedy o królu Maciusiu piszę").

Czy jednak jest to do końca złe? Czy dziecięce postrzeganie świata wystarcza, by spełnić marzenia? Moim zdaniem sam Korczak, uśmiercając Maciusia na Bezludnej Wyspie odpowiada wyraźnie: NIE!

Prześmiewając nasze 'dorosłe' wady, wykpiwając interesowność, łajdactwo i pychę, wplatając w losy młodego króla co i rusz intrygi i awantury, Stary Doktor chce pokazać, że ... marzenia są niezbędne, ale potrzebują bezpiecznego miejsca, gdzie mogą się wykluć i dojrzeć. Że bez mądrości i wsparcia dorosłych dzieci nie będą wiedziały, co zrobić ze swoimi prawami.

Wtedy w POSK-u, wśród innych Polaków stęsknionych za pięknem polskiego słowa, na uroczym przedstawieniu teatru Syrena zrozumiałam, jak bardzo ponadczasowa jest książka Starego Doktora. Jak bardzo jej aktualność wpisuje się we wspołczesne problemy naszego społeczeństwa.

I jak bardzo my 'starzy' i doświadczeni, jesteśmy odpowiedzialni za marzenia kolejnych pokoleń.

Z jednej strony wolność, wyznaczanie (zacieranie?) dzieciom granic, szacunek, prawo do rozwoju, do głosu, do decydowania, z drugiej strach i nieumiejętność korzystania z przywilejów.



Na jednym biegunie opieka, wielopokoleniowa mądrość, budowanie zaufania, a na drugim wykorzystywanie, manipulacja i gwałt.
Jak mądrze realizować marzenia? Jak znaleźć cieniutką granicę między wolnością a niewolą?
To trudna sztuka. Sztuka, której nie nabywa się w samotności.

Korczakowskie Kontrowersje

Zainspirowana przedstawieniem zapragnęłam wrócić do porzuconej w dzieciństwie książki.
Oryginał był w Polsce.

Z ciekawości zaczęłam więc szukać angielskiej wersji. 'King Matt the First' był dostępny w niemalże każdej księgarni internetowej.
Przeglądałam okładki i ceny. Moją uwagę przykuły jednak ... recenzje czytelników. Większość z nich rozpoczynała się od ostrzeżenia: Rodzice, zanim kupicię tę książeczkę swoim dzieciom, ważne jest, żebyście znali kontekst jej powstania. Była ona wydana w 1920 roku i była typowym produktem tamtych czasów. Jej niektóre fragmenty mogą się wg dzisiejszych standardów wydać rasistowskie. Afrykańscy królowie i plemiona przestawione są jako ludy niecywilizowane i prymitywne, a postać córki afrykańskiego króla, porusza wrażliwe feministyczne struny.



Przyznam, że to podejście mnie zszokowało i pokazało kolejny wymiar, o jakim Staremu Doktorowi się chyba nie śniło.
Nikt znający postawę Korczaka, jego poświęcenie i ofiarę, jego marzenia, by nie było dzieci głodnych, chorych i opuszczonych, by każde z nich miało swoje prawa i rosło swobodnie nie mógłby pomyśleć, że autor Króla Maciusia mógłby mieć rasistowskie zapędy.

A jednak ... jak się okazuje poprawność polityczna - kolejny element świata dorosłych - potrafi nawet w imieniu Klu-Klu dopatrzeć się konotacji z Ku-Klux-Klanem.

Mama, która napisała te słowa, napisała też na szczęście że mimo wszystko poleca tę książkę innym i zamierza przeczytać jeszcze parę pozostałych pozycji tego autora, zaczynając od dzienników z getta.

W wakacje - przymierzając się już do udziału w Konkursie - przywiozłam z Polski oba odkurzone egzemplarze przygód Maciusia.

Zamierzam przeczytać je moim dzieciom, bo choć nie są to książki dla dzieci, to - parafrazując słowa Starego Doktora - są to książki dla ludzi.*

*"Nie ma dzieci, są ludzie."
___________________________________________
cytaty i illustracje pochodzą z książki Janusza Korczaka "Król Maciuś Pierwszy", Nasza Księgarnia, Warszawa 1960, wydanie oparte na wydaniu pierwszym Towarzystwa Wydawniczego Warszawskiego z 1923, ilustracje autorstwa Jerzego Srokowskiego


Nie bądź wiśnia, wyślij sms-a!

Hello Wszystkim!

Niniejszym ogłaszam, że głosowanie na najlepsze blogi właśnie się rozpoczęło!!!

 
Analizując statystyki wejść na mojego bloga widzę wyraźnie, że większość ludzi wchodzi tu poprzez ... Google Images, he, he.



Nie łudzę się zatem, że owi poszukiwacze obrazków zostają na dłużej i zgłębiają się w zapiski nawiedzonej nauczycielki.

Poza tym mój blog - mam tego świadomość - jest raczej tworem niszowym.

Tym niemniej, jeśli ktoś się choć na chwilę zatrzyma, przeczyta wpis lub dwa, jeśli coś się mu na moim blogu spodoba, zainspiruje lub zachęci, jeśli uzna, że blog jest wart polecenia, to sprawi mi ogromną przyjemność.

Cieszę się z każdego wiernego czytelnika, przypadkowych gości witam z otwartością, a komentarze mnie uskrzydlają, bo ... nie lubię mówić do ściany :)

Jeśli jesteś jedną z tych osób i uznasz, że chciał(a)byś przeznaczyć 1,23 zł brutto na cele charytatywne (turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych) i jednocześnie przyczynić się do przesunięcia mojego bloga w rankingu gdzieś przynajmniej w okolice pierwszej siedemsetki (w kategorii Moje Zainteresowania i Pasje zostały zgłoszone 804 blogi !!!), to ... proszę bardzo, nie żałuj sobie tej odrobiny przyjemności :)

Za wszystkie głosy jestem z góry i dozgonnie wdzięczna!

Wystarczy tyko wysłać sms-a
na numer 7122 o treści H00666

(H-zero-zero-666)

Z jednego telefonu można wysłać tylko jednego sms-a
(to info dla moich najwierniejszych fanów :))


I niestety tylko  z numerów należących do operatorów telefonicznych działających na terenie Polski: Era, Plus, Orange, Play 

Nawet sobie człowiek na swojego bloga nie może zagłosować, by choć jeden głos dla przyzwoitości zdobyć :)

Głosowanie trwa do 19-go stycznia 2012.





Pozdrawiam serdecznie
Caramellita

Konkurs Blog Roku 2011

Z pewną nieśmiałością, trochę wbrew sobie (przyznam, że duch rywalizacji został we mnie nieco stłamszony; tak, także przez niektórych nauczycieli), postanowiłam wziąć udział w konkursie Blog Roku 2011.

Wiem, wiem ...

Obejrzałam sobie blogi poprzednich laureatów.
Profesjonalne, muszę przyznać.
Prawdziwi pasjonaci!

Jestem świadoma konkurencji, szczególnie, że zarejestrowałam bloga w kategorii z największą liczbą zgłoszeń!!!
Cóż, do kategorii 'off-topowe i absurdalne' się chyba raczej nie nadaję :-D

Hmmmm ..... na dodatek moje nieregularne zapiski nie mają nawet roku.

Po przejrzeniu parudziesięciu blogów stwierdzam jednak, że nie tylko ja jestem winna takiego 'grzechu'. Są tacy, co swój pierwszy wpis zamieścili ... 25 grudnia. He, he, he.

Zrobiłam to głównie dlatego, by się choć na chwilę wyrwać poza ramy bloxa (i bloggera :)), żeby przedstawić mój blog trochę szerszej publiczności.

Może uda mi się kogoś zainspirować do ... wysłania sms'a?

Szczegóły po 12-tym stycznia 2012


 
 Pozdrawiam

Caramellita

And the winner is ...

Szanowni Uczestnicy Konkursu,

Trochę spóźniona, spieszę się ogłosić wyniki.
Było mi bardzo miło, że w moim pierwszym konkursie wzięło udział aż 14 osób.
Anegdotki pojawiały się w podpisach na obu blogach (blox i blogspot), a także mailowo (opublikuję je za zgodą autorów).
Nie spodziewałam się, że będzie jednak tak trudno wyłonić zwycięzcę, bo historyjki były naprawdę prześmieszne i na pewno następnym razem nie pokuszę się już na rolę sędziego tylko oddam sprawy w ręce losu :)
Ale cóż, tym razem nie mogłam złamać regulaminu... Wybrałam więc anegdotki nadesłane przez ...


basiek70

bo spodobało mi się dobre serce belfrów, którzy jednak na maturze potrafią okazać trochę litości (mi też okazali :))
Gratuluję serdecznie !!!
Nagroda pocieszenia zostanie natomiast wysłana do ...




Gratuluję !!!
Zwycięzców proszę o kontakt mailowy i o podanie adresu, na który mam wysłać nagrody.
Pozdrawiam
super-teacherka@gazeta.pl

Konkurs dla belfrów i nie tylko :)

Dzisiaj przyszła wreszcie pora na długo obiecywany konkurs.

Dzień Nauczyciela jest po temu idealną okazją :)

Nie, żebym go świętowała namiętnie; nawet nie wiem, czy w UK jest coś podobnego. Nie dostałam nigdy żadnej trzynastki, więc chyba nie ma :). Zresztą ja nigdy nie lubiłam tego typu ceregieli. Dostawał człowiek naręcze wiechcia i tarabanił się z tym do domu przez pół Warszawy, narażając się na liczne pobłażliwe lub pogardliwe (a może to moja nadinterpretacja) spojrzenia przechodniów.

No, trochę koloryzuję, bo po pierwsze to nie przeżyłam tych 'świąt' tak wiele (jako belfer), a poza tym anglistom nie dawało się tak namiętnie kwiatów. Dawało się polonistom, matematykom, wychowawcom i tym, z których przedmiotu spodziewano się zagrożenia :).
A może po prostu mnie nie lubili :)
Poza tym to woziłam te kwiaty samochodem.
Fakt pozostaje jednak faktem, że jest to dla mnie święto sztuczne i wcale za nim nie tęsknię.*

A zatem konkurs.

Temat konkursu jest następujący:

ŚMIESZNE WPADKI NASZYCH BELFRÓW
Możecie wpisywać anegdotki z własnego podwórka (jeśli jesteście nauczycielami), wspomnienia z dzieciństwa lub z życia waszych dzieci.

Przewiduję 2 nagrody:

- za najlepszą/najśmieszniejszą anegdotkę
 
Zostanie ona wyłoniona przez jednoosobową nieomylną komisję roszczącą sobie prawo do posiadania jedynie słusznego poglądu w kwestii angegdotki w składzie: super-teacherka. W ramach doradców wystąpią osobiste dzieci przewodniczącej jury.

Zwycięzca otrzyma 3 rzeczy:
- dwa kleje z brokatem w tubce - świetne do ozdabiania kartek, ozdóbek choinkowych, obramowywania zdjęć (długo schną, ale efekt jest prześliczny) - kolory niebieski i złoty
- zestaw flamastrów do malowania po szkle i porcelanie - super do ozdabiana bombek, kubeczków, talerzyków. W zestawie jest 6 kolorów: czerwony, zielony, turkusowy, fioletowy, szary i pomarańczowy
- oraz zestaw 42 drucianych 'szczoteczek'
Męczyłam się, męczyłam, ale nie mogę lepszej nazwy wymyślić; po angielsku to się nazywa tinsel pipe cleaners czyli w dosłownym tłumaczeniu błyszczące wyciory do czyszczenia rur :)) - mają one różne zastosowanie, można robić z nich ludziki, ozdoby, obrazki. Ja bardzo lubię używać je do robienia kwiatków pop-up cards. Jubilatom i solenizantom bardzo się podoba.
Kolory: złoty, srebrny, fioletowy, granatowy, czerwony i zielony

- nagroda pocieszenia - zostanie wyłoniona w drodze losowania.

Zwycięzca otrzyma zestaw 10 ozdób choinkowych - zdrapek.
Ozdoby są czarne, a pod spodem mają wielobarwną warstwę, która się ujawnia po zeskrobaniu drewnianym rysikiem. Dodatkowo w zestawie są kolorowe wstążeczki do zawieszenia ozdóbek
- oraz 2 komplety drewnianych nalepek ze zwięrzętami - fajnych do robienia własnych kartek lub scrapbooków.


Anegdotki możecie wpisywać w komentarzach lub wysyłać mi na maila
super-teacherka@gazeta.pl


Warunki konkursu:
- anegdotki nie mogą być wulgarne, gdyż takie wpisy będę usuwać.


Żeby was zachęcić napiszę 2 anegdotki z mojego własnego podwórka.

Pierwsza dotyczy mojej polonistki z liceum.
Pani była osobą o złotym sercu, z pasją, darem opowiadania i fajnym podejściem do młodzieży. Miewała swoje odjazdy np. miała awersję do rajstop i nawet w najbardziej trzaskające mrozy chodziła w spódnicy i kozakach na gołe nogi. Była też z lekka nieprzytomna - i jest to zdecydowanie eufemizm :)
Pewnego dnia, gdy mieliśmy w perspektywie 2 godziny polaka (2 ostatnie lekcje, komu chce się myśleć, a poza tym wiosna za oknem) staraliśmy się usilnie coś wymyślić, żeby pani zamiast przerabiania Tristana i Izoldy dała nam trochę na luz.
Pod pokój nauczycielski została wysłana delegacja złożona z najbardziej wygadanych (nie mogę powiedzieć, że z pupili pani, bo ona naprawdę wszystkich lubiła). Poprosiliśmy o 'wywołanie' pani B.
Wyszła, z nieco przestraszoną miną, szeroko otwartymi oczami, omiotła nas nieprzytomnym wzrokiem i spytała:
- A co wy ode mnie chcecie? Ja nie mam teraz chyba z wami lekcji?
Zatkało nas tylko na chwilę, ale z młodzieńczym refleksem zawyliśmy bardzo przekonująco:
- Nieeeeee, pani Psor.
- No to już mi stąd!
Poszliśmy nieco skonsternowani pod klasę. 
Zadzwonił dzwonek. Pani nie było. Pięć, dziesięć, piętnaście minut ... Wreszcie ktoś zarządził ewakuację. A że w tamtych czasach szkoły nie były jeszcze tak pilnie strzeżone i układy z woźnym się miało, w dwudziestej minucie lekcji paradowaliśmy skocznie na nasze pierwsze wiosenne, LEGALNE, wagary.
W końcu nauczyciel nie przyszedł, nie?

***

Druga anegdotka będzie już z moim udziałem. Pomijając wpadki z flashcards (i wiele innych, niestety) jedną z ciekawych zaliczyłam jak tylko zaczęłam pracować w angielskiej szkole jako teaching assistant.

Wybraliśmy się z klasą jedenastolatków na szkolną wycieczkę do centrum Londynu. Jednym z punktów programu był Pałac Buckingham.
Dzieciaki w szkolnych mundurkach przylgnęły do ogrodzenia, podziwiając zadzierających pod kątem prostym nogi żołnierzy w niedźwiedzich czapach.



Nadszedł czas 'odwrotu'. Zaczęliśmy gromadzić pupilków w jedną grupę, starając się nikogo nie zgubić w tłumie turystów. Ja nawet dobrze nie znałam jeszcze imion wszystkich dzieci, szczególnie, że wiele z nich było bardzo obco brzmiących. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że różnorodność imion, ze względu na wielokulturowość brytyjskiego społeczeństwa jest niewiarygodna. Wiele imion brzmi podobnie, niektóre noszone przez chłopców brzmią 'dziewczęco' np. Ravishanka, inne, rzekomo są dziewczęce brzmią dla mnie męsko np. Dilveen, a część ma takie samo zdrobnienie dla obu płci np. Jo zamiast Josepha i Joanny, Sam dla Samuela i Samanthy itd.
Nagle dostrzegłam kątem oka jedną dziewczynkę, namiętnie przyssaną do barierek i nic sobie nie robiącą z naszych nawoływań. Ponieważ nie znałam jej imienia, podeszłam i dotknęłam lekko jej ramienia, mówiąc, że "time to go, darling".

Zero reakcji. 

Położyłam jej rękę na ramieniu i trochę mocniej potrząsnęłam.

Nic.

W końcu delikatnie pociągnęłam ją za bordowy mundurek.
W tym momencie krnąbrna osóbka się odwróciła, a mi ukazała się zirytowana już nieco twarz .... japońskiej turystki. W bordowym sweterku :)

A teraz głos oddaję wam.

Konkurs trwa do końca października. Ogłoszenie wyników 5-go listopada !!!
_____________________________________________
* Żeby nie było, że jestem taka na anty cytuję, co napisałam na forum w dyskusji o prezentach dla nauczycieli:
Ja - z punktu widzenia nauczycielki nie lubię dostawać prezentów - strasznie to krępujące.

Z punktu widzenia rodzica ... w Polsce dostawałam szału, jak moi rodzice przychodzili z zebrania i mówili, że komitet zbierał na prezent dla wychowawcy (Za co? zadawałam sobie pytanie, znając jego poczynania).

Moje dzieci poszły do szkoły dopiero w Anglii i ... jakoś teraz mi nie szkoda dawać :)) (choć wychodzi niezła sumka - trójka dzieci, a w klasie nauczycielka i teaching assistant lub jeszcze ktoś kto okazjonalnie pomaga; na Święta i koniec roku) - bo mam świadomość, że nauczyciele wykonują super pracę, moje dzieci uwielbiają chodzić do szkoły i jestem za to wdzięczna również nauczycielom.
Ale tu się odbywa to na zasadzie - daje, kto chce. Podchodzi się do reprezentanta klasy (jakaś mamusia ochoczo drepcząca po placu zabaw przed i po szkole - podziwiam za zapał, tak swoją drogą :)), daje się TYLE ILE SIĘ CHCE, potem wszyscy, którzy się złożyli podpisują się na kartce dołączanej do prezentu (Anglicy i ich 'świr' na punkcie kartek :)), a rodzice dostają mailem zdjęcie prezentu, tak że każdy wie, na co poszły pieniądze.
Najczęściej są to vouchery do jakiegoś ekskluzywnego sklepu i nauczyciel kupuje sobie, co chce.

Sądzę, że jak bym była przymuszana, szczególnie, jakbym nie była zachwycona nauczycielem, to bym się też wkurzała.